sh@gorlice1915.com.pl

tel. 505 959 828

Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915” K.K. 32 LIR

    Gorlice zniszczone

     

    1.

    „Gorlice zniszczone.

     

        Zbliżałem się do nich rzeką Ropą, od zachodu, od strony Szymbarku z pod góry Taborówki (…). W Nowodworzu wyróżniałem już całkiem dobrze ze zwalisk i ruin miasta – niby złowróżbne znamię – zburzony kościół z wieżą rozsieczoną i powaloną z jednej strony od dachu aż do podstawy.

    Od nowo-dworskiego spustoszonego parku biegły półkolem ku miastu ostatnie na wschód ku nieprzyjacielowi wysunięte rowy strzeleckie wojsk sprzymierzonych. - Przed nimi o kilkaset kroków ciągnęły się już linie obronne Rosyan, którzy przez cztery długie miesiące: od końca grudnia 1914 do maja 1915 rządzili w Gorlicach.

        Zszedłem z gościńca i podążyłem ku północy w stronię miasta okopami naszych wojsk, świadkami bohaterstwa i niezliczonych poświęceń, cichego cierpienia i ofiarnych śmierci. Stąpałem po ziemi uświęconej krwią tych, co tu umierali.

     

     

       Grobów nie napotkałem, oprócz jednego, naznaczonego utrzymanym jeszcze krzyżem bez napisu. Zapomniany grób bezimiennego bohatera! Tylko matka ziemia pamiętała o nim. Ustroiła mogiłę w purpurę polnych maków i w czystą biel wielkiego rumianku – i kołysała ją cichą, słoneczną pieśnią, dzwonią poszumem dojrzewającego, wyniosłego żyta, które zasnuwało przed ciekawem, świętokradzkiem okiem krzyż i mogiłę.

        Przeszedłszy Ropę, znalazłem się po kilku chwilach o pareset kroków od gorlickiego cmentarza, terenu zaciekłych, krwawych zapasów.

     

     

    Położony na wyniosłości, otoczony przedtem wysokim murem, został cmentarz ten zamieniony przez wojska rosyjskie na małą fortecę .- Oni, co słyną z zabobonnego szanowania kościołów i cmentarzy, nie uszanowali tego ustronia umarłych i sprowadzili nań deszcz pocisków naszej i niemieckiej artylerii i spowodowali jego zniszczenie.

    Mur świeci wyłomami, zdruzgotany w wielu miejscach ciężkimi pociskami, posiekany gęsto kulami karabinów maszynowych! - zdaje się - że niby jakiś w czworobok uszykowany oddział tyralierów, runął pokonany i upokorzony, nie broniąc już wstępu na cmentarz, dopiero wtedy gdy jego komendant, narożny budynek trupiarni - ugodzony w samą pierś i rozerwany na ćwierci, istnieć przestał!

    A na samym cmentarzu - co się tam dziać musiało w one okropne godziny walki! Chyba dzień sądu ostatecznego straszniejszym nie będzie!

    W środku cmentarza wznosząca się kaplica murowana prześwieca- niby olbrzymia czaszka, rozerwana na wylot - szmatem pogodnego nieba pod zachwianem sklepieniem dachu, a na spękanem czole dźwiga czytelny jeszcze wyrazy: „Pax mortuis!” – Pokój umarłym!

    Co za ironia w tych słowach!

    Pax mortuis! Obok na lewo olbrzymi krzyż kamienny, podcięty u swej podstawy uderzeniem stalowego pocisku, schylił głowę aż na same stopnie kwadratowego cokołu, zasłaniając sobą przed nowym ciosem szczątki tablicy marmurowej z napisem: …Bojownikom za wolność narodu r. 1863 … Towarzystwo Sokół”.

    Pax mortuis!- a przed kaplicą, bliżej ku głównemu wejściu od strony miasta rozwarły się od wstrząśnienia ziemi na oścież drzwi grobowca i widać we wnętrzu podstawy trumien i wilgotne ściany pośmiertnego mieszkania.

    Pax mortuis! a wokół porozwalane pomniki i ogrodzenia, pourywane głowy i ramiona aniołów żałoby, poprzewracane nagrobne krzyże, poorana pociskami ziemia, co ostatni dała przytułek umęczonym życiem!

    Pax mortuis! – a nie znajdziesz na cmentarzu jednego drzewa całego, choć je karmiły prochy tych, co dla siebie krom spokoju niczego już nie pragną. Połamane smreki i modrzewie, topole i kasztany skarżą się uschniętemi konarami niebu i słońcu i… przeklinają nieubłagane, albo z pni swych puszczają nowe pędy i chcą żyć okaleczone, nieforemne, dziwaczne…

    Pax mortuis!- a żołnierze rosyjscy kazali umarłym opuścić świeże mogiły i sami w nich szukali lepszego stanowiska lub schronienia przed gradem kul, aby potem ledź w nich i zastąpić zbezczeszczone prochy własnemi ciałami – na zawsze!

    Do cmentarza przypiera bezpośrednio miasto. Ulica cmentarna prowadzi na rynek gorlicki.

     

     

    Zniszczenie wszędzie okropne. Dookoła ruiny i zgliszcza, bo Rosyanie jeszcze 1 maja 1915 podpalili miasto. Co nie zniszczało od pocisków armatnich wszelkiego kalibru - to spłonęło w ogniu - Ponad resztki ścian sterczą wokół kominy. Tu widnieje na wysokości pierwszego piętra, jakby przylepiony do ściany, piec kaflowy, ówdzie części podziurawionego, zawalonego dachu blaszanego wyglądają przez okna parterowe. We wnętrzach, na podłogach kupy rumowiska, gruzów i żelaziwa. W przestrzeń sterczą pogięte, żelazne trawersy sufitów. W ścianach ogromne otwory, świadczące o wielkości i sile uderzenia pocisków. Najpotężniej przemawia kościół gorlicki ze swych gruzów. Ciężkiego kalibru działa powaliły niedawno wykończony dom boży. Stoi jeszcze fronton kościoła z napisem : Gorlicenses Virgini Deiparea – przestrzelony tylko po prawej stronie większym granatem na wylot i upstrzony gęstym siekańcem kul karabinowych i małych pocisków armatnich. Ale główna i prawa nawa kościoła leżą w gruzach. Na posadzce mieszanina sztukateryj, gzymsów, wiązań dachu i belek, strzępy blachy, drzazgi ławek i sprzętów kościelnych! Od nawy lewej biegnie górą jeszcze jeden łuk sklepienia i wsparty na przeciwległym filarze, zdaje się chwiać w powietrzu na tle lazurowego stropu.

    Wnęk ołtarza głównego z kasetami na romańskiem sklepieniu trzyma się jeszcze pod oszczędzoną ścianą czołową kościoła. Ale cyborium otwarte i puste, bo zagrożony szczątek ołtarza do nabożeństw się nie nadaje, a przed nim zwisający jeszcze z resztek stropu sznur pluszowy, co wietrzną trzymał lampę, chusta się bez ciężaru w podmuchach wiatru. Lud modli się w ocalałej nawie lewej przed podziurawionym obrazem św. Józefa.

     

     

    Przepierzenie z desek oddziela część tę od zawalisk.

    Obok ołtarza głównego na prawo, pod ścianą sterczą resztki ławki kolatorskiej z herbami hr Borkowskich i Płockich. Na chórze otrzaskane organy zamilkły na długo. Nad świątynią dźwiga się jeszcze w przestwór wieża kościoła z wydartą i zwaloną połową kadłuba. Tylko daszek ocalał w całości i cudem jakimś balansuje w powietrzu.

    Odsłonięte wiązania, na których wisiały dzwony, opowiadają o sprytnym gorlickim rzemieślniku, który za 2000 K zobowiązał się sprowadzić na dół dwa dzwony, grożące spadnięciem. Odważnie dźwignął je na kółku blokowem, który zahaczył o najwyższe belkowanie, odczepił i szczęśliwie spuścił na ziemię nieuszkodzone ku radości fundatorów Gorliczan.

    Widok ruin miasta sprawia w pierwszej chwili wrażenie jakieś obce - i dziwne wywołuje nastroje(…).

    Burza dziejowo ciężko dotknęła Gorlice. Ale nieprzedawnione i niezniszczalne są prawa bytu. Na gruzach i ruinach zawsze nowe zakwita życie... Non omnis moriar!

    Przeszedł huragan wojenny- ucichła nawałnica pocisków - ofiary wojny spośród ludności cywilnej złożono w ziemię – i do wyludnionej miejscowości, co przed wojna z góra 8.000 dusz liczyła, zaczęli powrotem napływać mieszkańcy. Do miasta wracało życie.

    Tuliło się ono na razie w oporządzonych jako tako swoich gniazdach, nierzadko przy jednej tylko ścianie, pod prowizorycznem nakryciem z blachy, opadłej na parter z dachu i podziurawionej kulami, mieszkało kątem w izdebkach i pokoikach bez sufitów, wśród murów grożących zawaleniem, ale swoich. I tak trwało. I mnożyło się.

    Jak w szczątkach zamku Dioklecjana, do którego murów przyrastały z wolna mieszkanka, budyneczki, aż zaistniało w nich całe miasto(…).

    Dziś mają Gorlice znów kilka tysięcy mieszkańców, są urzędy i urzędnicy (przeważnie bez rodzin). Ratusz w rynku restaurowano już zupełnie – koło wielu innych budynków wre praca. Dużo jej jeszcze jednak włożyć potrzeba. Na sześćset z górą domów, kilkadziesiąt zaledwie dało się zamieszkać(…). Ucierpiały wszystkie domy ! Najlepiej utrzymane mają ściany i dachy podziurawione i porozbijane niezliczoną ilością kul karabinów maszynowych.

    Non omnis moriar!

    Na najwyższem wzniesieniu za miastem, w kierunku północno-zachodnim, niedaleko dworca kolei założono t. zw. cmentarz wojenny. W dużym, ogrodzonym kwadracie pola pochowano rzędem wzdłuż ogrodzenia zwłoki bohaterów, poległych w czasie wielkiej, rozstrzygającej bitwy. Groby uszeregowano co dwa, czołami do siebie. W środku każdego dwugrobu, jedna wspólna dwutwarzowa tablica; wymawia imię - jeśli je zna; częściej milczy pusta bez napisu. Bohaterowie bezimienni.

    A liczba ich legion!

    Spoczywają tu razem wrogowie - sprzymierzeńcy w cichem, wiecznem przymierzu, zawartem w obliczu śmierci. Oto przede mną większy grób wspólny; z jednej strony tablica z orłem państwa ausrtyackiego i napis: 18 östereichische Helden. Na przeciwległej stronie spoczywa połączonych tak samo pod dwoma różnemi państw wrogich godłami 18 pruskich bohaterów z 30 poległymi Rosyanami.

    Obok napisów urzędowych widnieje często na grobie znak pamięci serc kochających: ”Gelibt, beweint, unvergessen”- woła z kamiennej płyty młoda wdowa z Wadowic! Śpij w pokoju ukochane dziecię - szepce wypalonemi głoskami jasna drewniana tablica opuszczonych rodziców. Obok grób młodego kawalerzysty niemieckiego z Kołobrzega, który padł w Humniskach dnia 10 maja 1915. Widocznie ranny żył jeszcze jakiś czas, może go ratowano, może ostatni miał czas przekazać dla swoich pozdrowienia, bo na grobie skromny, już liści pozbawiony leży wianek, a na białej sznurkiem przytwierdzonej, ubożuchnej szarfie, słowa: „Cześć Ci Bohaterze – boś przelał krew na polskiej ziemi. Przyjm ten skromny upominek od dziewcząt polskich z Humaniska”.

    Środek cmentarnego wzniesienia zajmuje tymczasowy na razie pomnik poległych w gorlickich walkach; z ziemi i desek stopnie czworobocznego cokołu, a na nim z drzewa kolumna, dźwigająca symetryczne grupy granatów i innych pocisków różnych form i różnych wielkości. Prowizoryum ma niebawem przestać istnieć, a miejsce jego ma zająć olbrzymiej wielkości kosztowny pomnik, godny wielkiej dziejowej chwili, której chwałę ma przekazać potomności ”godny pamięci dziesiątek tysięcy bohaterów, co dla wielkiego „jutra” w tych stronach życie złożyli w ofierze”. Roboty już się niebawem rozpoczną. Jeńcy rosyjscy kończą właśnie pod nadzorem naszych podoficerów budowę wąskotorowej kolejki polnej.

    Non omnis moriar!

     W obliczu ofiarnego, powalonego miasta dźwignie się w przestwory powietrza monument i patrzeć będzie przez wielki swem wyniosłem czołem na jasną wstęgę rzeki, na zagony i niwy, na świątynie i chaty, na wzgórza pobliskie i siniejące w oddali lesiste szczyty - i głosić będzie pokoleniom chwałę wielkich dni minionych i wielkich ofiar. U stóp jego będą się mogli korzyć przed drogiemi prochami krewni i potomkowie tych, co w walce tej zginęli znani lub nieznani, rozsiali swe kości na polskich polach, zostawili ciała w niedostępnych karpackich lasów matecznikach, albo złożyli je na zawsze w łono „wiernej rzeki”. Pod pomnik ten przybywać będą ci, co zechcą zamyślić się, spotkać w wyobraźni swojej twarzą w twarz z tym wielkim momentem dziejowym, jakim był początek zwycięskiego pochodu za wrogiem.

    Nazwa tego grodu ze czcią wymawiana będzie po wsze czasy w historyi ”światowej wojny”, a dla nas - da Bóg - stanie się ona wykładnikiem nowej ery, słupem etapowym na drodze dziejów naszych, przy którym czas zgasi smutny kaganiec naszej narodowej niedoli, a zapali jasną pochodnię nowej, wielkiej przyszłości…

    I tak imię tego w perzynę obróconego miasta i ten stanąć mający pomnik urosną w wieczny, trwalszy od spiżu symbol!...”

     

    2.

     

    „Gorlice w gruzach.

     

    Podczas ostatnich walk w Galicyi zachodniej, które zostały uwieńczone tak niezwykłym, a szybkim sukcesem, najbardziej ucierpiały Gorlice, które tuż przed samem wyswobodzeniem z pod inwazyi rosyjskiej przeżyły straszne dni, gdyż znalazły się w ogniu walki. Samo miasto ostrzeliwano ogniem artyleryjskim, gdyż znajdowały się w niem rosyjskie rezerwy, kolumny kawaleryi i furgony. Potem dostały się pod ogień ciężkich dział rowy strzeleckie, położone tuż koło miasta. Wówczas zaczęły z miasta uciekać furgony. Był to sygnał odwrotu. Rowy te znajdowały się od zachodu, północy i południowego wschodu. Przez jakiś czas ostrzeliwano je najcięższymi granatami, a potem poszli do roboty saperzy, gdy ogień skoncentrował się znów na miasto, ruszyli ku zasiekom z drutu kolczastego. Część drutów zniszczyła już artylerya, resztę saperzy, potem ruszyła do ataku piechota. W rowach strzeleckich stoczyła się krótka walka, ale zaciekła, na białą broń. Wielu Rosyan zginęło już poprzednio od pocisków artyleryi i od granatów ręcznych. Reszty dokonała piechota, która nie zatrzymała się długo w rowach nieprzyjacielskich, gdyż pościg szedł niepowstrzymanie (…).

    Tymczasem miasto płonęło. Na Gorlice spadła klęska jeszcze większa niż w roku 1874, kiedy to 3 października spłonęło prawie całe miasto(…).

    Teraz całe prawie miasto legło w gruzach. Pociski armatnie i pożary zniszczyły prawie wszystkie budynki. W całem mieście ocalało zaledwie 40 domów. Między innymi zostały zniszczone lub silnie uszkodzone: gmach gimnazyum, Sokół, ratusz, nowy kościół, urząd pocztowy i wiele innych gmachów.

    Przez cały czas  4  ½ miesięczny zburzono pół miasta, spalono jedną trzecią jego część, ostatnia zaś bitwa pochłonęła resztę. Mury spalonych domów, potrzaskane granatami przedstawiają straszny widok. Cały rynek i całe śródmieście w gruzach i zgliszczach. Część miasta między cmentarzem (gdzie były najgwałtowniejsze walki) a Rynkiem przedstawia się jako jedna kupa gruzów.

    Cmentarz zupełnie rozkopany przez pociski armatnie. Potrzaskane trumny, z których wypadły zwłoki i szczątki pomników zasłały cmentarz, a gdy później zawrzała tam walka na białą broń, żołnierze zabici i ranni leżeli pośród rozwalonych grobów i trumien… Straszny, okropny obraz…

    Miasto zostawało pod ogniem ciężkiej artyleryi przez 18 godzin w dniu 2 i 3 b. m. Od kul padło około 300 osób cywilnych. Liczba to ogromna, jeśli się zważy, że w mieście pozostało tylko tysiąc kilkaset osób. Straszliwe krzyki rozszarpywanych mieszały się z rykiem dział, strzelających po 30 do 40 razy na minutę.

    Strzały armatnie biły gęściej, niż karabin maszynowy. W kilkunastu godzinach padały na miasto tysiące granatów. Poszczególnych strzałów nie było już słychać, tylko jeden straszny huk i dudnienie, jak w piekielnym kotle.

    Pod tym okropnym ogniem zaczęła się paniczna ucieczka Rosyan, którzy podpalili resztę całych domów, aby w dymie zasłonić swój odwrót. Ale to szkodziło im tylko. Nadzwyczaj silny pożar, podsycany wichrem, zapełnił wszystkie ulice gryzącym dymem. To też usiłowania oficerów rosyjskich, aby jeszcze w ulicach stawiać opór i bronić odwrotu już nie pomogły. Żołnierze rosyjscy uciekali w popłochu, nie zważając na oficerów, gubili w dymie drogę, ogłuszeni i ogłupieni hukiem eksplodujących granatów.

    O strasznem piekle, jakie przeżyli mieszkańcy Gorlic, daje pojęcie opowiadanie jednego z jeńców, Polaka z pod Warszawy, który walczył w szeregach rosyjskich pod Gorlicami:

    - Prawie od początku wojny – mówił ów jeniec Polak – brałem udział w kilkudziesięciu potyczkach, zawsze wychodząc cało. W armii rosyjskiej, tak u wyższych oficerów i niższych stopni, jak i u żołnierzy, od początku wojny wyrobione jest zdanie co do bitności armii sprzymierzonych, w szczególności obawiają się żołnierze rosyjscy ataku na bagnety. Pod Gorlicami, gdzie nas zabrano, najpierw w okropny sposób zaczęła szerzyć spustoszenie w szeregach rosyjskich okopów artylerya: było to coś, czego opisać nie można. Tysiące strzałów, huk, jak gdyby wszystkie góry i skały waliły się, a w powietrzu na kilkadziesiąt metrów wyrzucane kawały ziemi, drzew i ciał ludzkich.

    Staliśmy w sile jednego batalionu w rezerwie, w trzecich okopach. Gdy z okopów pierwszych i drugich ani ślad nie pozostał, jeno jakieś bezkształtne kupy ziemi, drzew i ciał ludzkich. – dano znak do ataku.

    Widziałem, jak nagle sołdaci zaczęli się żegnać trzykrotnie. Z twarzy uciekła wszelka krew. Powtórzono rozkaz do ataku: ludzie stali w miejscu skamieniali. W tej samej prawie chwili ustała ta straszliwa kanonada i usłyszeliśmy w oddaleniu jakich dwóch kilometrów okropny krzyk:„Hurra!” Mimo woli staliśmy dalej w miejscu, chociaż po raz trzeci padła komenda. Nagle przed nami i na bokach naszych zaroiło się od żołnierzy austryackich. Pędzili z karabinami w ręku, z nasadzonymi bagnetami. Utkwiła mi tylko w głowie ostatnia komenda naszego oficera, Małorusa z pod Kijowa:

    - Poddajtieś!

    Atakujący pędzili naprzód, nas zostawiono i dopiero po kilku minutach druga linia atakujących zabrała nas.

    Ci jeńcy – kończył swe opowiadanie jeniec – których tu panowie widzicie, to tylko rezerwy z tyłowych okopów. To, co było w okopach przednich przemieniło się w stosy porozrywanych trupów”. 

     

    3.

     

    „Z pobojowisk w Grybowskiem i Gorlickiem.

     

    (…) od p. F. Piątkowskiego korespondencyja z opisem wycieczki na pobojowiska w Grybowskiem i Gorlickiem(…)

     

        …Drogi prędko ubywało, gdyż z powodu, że nasza okolica była nadzwyczaj ważną dla celów wojskowych, wynaprawiano tu znakomicie drogi. Wjeżdżamy w obręb powiatu grybowskiego. Tu i tam koło gościńca i po polach groby poległych żołnierzy. Na grobach krzyże ozdobione często wińcem, na krzyżach można spotkać napisy. Napotyka się obdarte ze słomy domy, mniej lub więcej zdemolowane. Między innymi ze starego karczmiska w Wojnarowej Średniej – pozostała tylko piwnica i trochę stłuczonych dachówek. Mury rozebrano na naprawę drogi. Dwory zdemolowane. Pola przeorane rowami strzeleckimi. Wjeżdżamy do Bobowy. Zastajemy tu wielki a nieznany porządek na rynku. Objaśniają mnie, że to obywatele mają rozkaz zamiatania rynku, co też czynią bardzo skrupulatnie. Na stacyji kolejowej kilkunastu jeńców rosyjskich w wysokich popielatych czapach dźwiga wory mąki.

        Od Bobowy już coraz więcej pól leży odłogiem. Tam już rozpoczynał się przed przełamaniem moskiewskiego frontu teren bezpośrednich wojennych operacyj. Pokazują nam miejsce, gdzie stały nasze moździerze, które wykopały takie ogromne doły we wsi Łużny. – Prawie bez przeszkód dojeżdżamy do Biesny i Łużny. Wiele domów rozebranych, mnóstwo spalonych. Gdzie popatrzeć- wszędzie „dekunki” nasze i moskiewskie. Przed dekunkami gęste kolczaste druty, a przed drutami leżą całe drzewa z gałęziami, poukładane w kierunku prostopadłym do drutów, pniem ku dekunkom, a gałęziami w stronę przeciwnika. Gałązki drobne obcięte, a tylko sterczą grubsze gałęzie i wystawiają swe ramiona ku wrogom, zapraszając ich w objęcia śmierci.

        Jadąc przez Łużną, rozglądamy się naokoło. Jeden cmentarz - co chwila, to groby poległych. Wjeżdżamy na teren, gdzie rozpoczynają się na dobre ślady naszych armat. Wyprzęgamy konie i idziemy pieszo. W szkole okna wybite, dachówka strzaskana. Przed mleczarnią dwa wielkie doły od naszych moździerzy. Komin od dawnego browaru strzaskany. Na podworcu wydarty potwornych rozmiarów dół od kuli naszego moździerza, który jak nas objaśniono, stał koło Bobowy. Po szczątkach dachu, jakie jeszcze pozostały, widnieje ziemia wyrzucona z tego otworu.

        Przechodzimy po desce przez potok, gdyż most został wysadzony w powietrze z powodu uderzenia koło niego granatu z ciężkiego naszego działa i udajemy się w kierunku góry ‘Pustki”, w stronę moskiewskich rowów strzeleckich. Przechodzimy koło naszych prowizorycznych dekunków. Objaśniają nas, że powstały one w ostatnią noc z dnia 1 na 2 maja pod osłoną silnego ognia naszej artylerii. Kilkadziesiąt kroków wyżej znajdują się znakomicie zabezpieczone drutami kolczastymi i gałęziami rosyjskie dekunki. Drzewa poza dekunkami rosyjskimi tak od naszej artylerii strzaskane, że pozwracane potworzyły zaporę nie do przebycia, tak iż nawet byłoby nieprawdopodobieństwem uciekać Rosyanom z tych swoich jam. Na drzewach widać pozawieszane szczątki z ubrań rosyjskich. Włościanie objaśniają, że pod wpływem działania naszych granatów Rosyjanie wyrzucani bywało wysoko w powietrze i zawieszali się wysoko na drzewach.

    Wchodzimy do środka kościoła. Granaty wybiły otwór w ścianie północnej, rozburzyły część ołtarza Matki Boskiej Częstochowskiej, wywaliły dziurę w drzwiach do zakrystii.- Obrazy uszkodzone. Spadł także wielki, kosztowny pająk. Z zewnątrz najbardziej uszkodzona wieża od strony południowej. Pod kościołem znów groby żołnierzy z pułku piechoty.

        Opowiadano nam, że Rosyanie zabierali ze wsi dużo ludności cywilnej. Obliczają liczbę tych osób na 50. Jeden, który już powrócił, 70 letni starzec, z płaczem opowiadał, jakiej biedy użył pod Moskalem, który go trzymał w niewoli przez 17 tygodni. Rosyanie uciekając wśród największego ognia, wypuścili na wolną stopę część tych ludzi. I tam między innymi powrócił już Jan Wójcik, Sebastian Koperniak, Jan Niemasyk, Jan Buchaś, Jan Stępnień, Jan First, żydzi: Szaja Binder i Samuel Gross.

        Ciekawemi były informacye o życiu tutejszej ludności przez ciężkie cztery miesiące. Rowy strzeleckie austryjakie i rosyjskie były początkowo dość od siebie oddalone. Ludność, mieszkająca między jednemi a drugiemi, była częściowo w sferze wpływów austryjackich, częściowo zaś w sferze wpływów rosyjskich. Później nasze linie strzeleckie zaczęły się zbliżać do rosyjskich. W miarę tego, jak nasi zyskiwali na terenie, chcąc ludność uchronić od utraty życia, ewakuowali ją partyami. Moskale ludności nie ewakuowali. Ludność ta, która albo wcale nie była ewakuowaną, albo dopiero po kilku tygodniach, wykopała w swych chatach doły, w które naścieliła słomy i tak chroniła się przed kulami. Ściany obłożono wiązkami słomy, a kto miał deski, urządził drugą ścianę z desek, a między dawną ścianą, a tą prowizoryczną, nasypał dla ochrony przed kulami ziemi. Gdy kto umarł lub zginął od kuli, grzebano go w stodole lub szopie, bo gdyby kto kopał w ziemi na wolnem miejscu, zarazby do niego strzelali, sądząc ze kopie dekunki.

        Teraz jedni wracają z niewoli moskiewskiej, inni z okolicznych wsi. Nie widać jeszcze tych, którzy zostali ewakuowani w okolice Starego Sącza. Ludność ta nie ma nic, oprócz kawałka gruntu. Domy wraz z inwentarzem spalone. Dostarczenia żywności i desek na urządzenie tymczasowych schronisk, następnie inwentarza i drzewa na budynki – jest koniecznem. Delegaci rządu i komitetów ratunkowych powinni jak najprędzej znaleźć się na miejscu”.

     

    4.

     

    „Z umarłego miasta.

     

     [ relacja w miesiąc po bitwie ]

      

         Jedziemy bryczką ku Gorlicom. Po drodze mnóstwo uniformów niemieckich. Dopędzamy oddział maszerujący. Z daleka dostrzec można było, że ci żołnierze są mocno znurzeni; ich pochylne, milczące postacie posuwały się wolno w przód. Gdy zrównaliśmy się z nimi, po twarzach żołnierzy przeleciał jakiś duch ożywczy, jak gdyby ktoś wlał na nich nagle wielki bukiet energii. Wyciągnęli się jak struny, szybko popoprawiali rozluźnione kołnierze i zaśpiewali jakąś gromką niemiecką pieśń. W oczach ich, spoglądających z ukosa na jadących pasażerów malowało się, jak gdyby lekceważenie. Poważne ich twarze, długie brody, czyniły wrażenie, że ma się przed sobą doświadczonych synów Marsa. Minęliśmy ich, i zaraz też zgasła ich pieśń, jak gaśnie płomień, chciwie pożerający garstkę podrzuconej słomy.

           Wszędzie dokoła rowy strzeleckie szarymi odcinkami linii rysują się na tle pól zielonych. Tu i ówdzie leżą potrzaskane koła, części wozów, zniszczone, zdruzgotane karabiny. Niedaleko drogi, nad dawno zapewnie padłym koniem żerują z wrzaskiem wrony, obnażając coraz bardziej pręty żeber.

     Domu całego prawie nie ma; mijamy zwęglone szczątki jakichś zabudowań; czuć jeszcze niejako swęd, spaleniznę. Gdzie rzucisz okiem - krzyże i krzyże mogilane.

         Dosięgliśmy celu - Gorlice, w których mamy się zatrzymać pięć dni.

     Miasto umarłych; ruina i pustka.

     Wjeżdżamy na rynek; na całej jego przestrzeni plączą się, jak cienie zaledwie trzy osoby, z pod oka spoglądające na przybyszów.

     Gruzy, rumowisko, wyzierające z niego gdzie niegdzie belki potrzaskane, okna bez szyb w ocalałych domach, jakąś rozpaczliwą pustką wiejące, to wszystko, co oko w pierwszej chwili uderzy.

      Pochwyciliśmy jakiegoś jegomościa, sprowadzamy rozmowę na czasy inwazyi. Okazało się, że to właściciel ziemski. Ciekawe opowiadał rzeczy, dotyczące zachowania się żołnierzy rosyjskich. Raz przyszli do niego urządzać rzekomą rewizyę, zakończoną wyprowadzeniem koni ze stajni. Właściciel, w obawie o ostatnia parę swych ulubieńców, dał żołnierzom po rublu, co magicznie podziałało na wykonawców owej rewizyi; z pokłonami dziękczynnemi oddalili się, wprowadzając na dawne miejsce zagrożone konie. Nie skończyło się to jednak na kilki rublach. Żołnierze powiadomili zapewne o swem odkryciu kolegów, gdyż od tego czasu zjawiały się coraz to inne indywidua, eksploatujące powyższym sposobem szczęśliwego posiadacza pary koni.

     W czasie rozmowy z owym jegomościem, zbliżył się do nas z wolna, jakby z niedowierzaniem, kłaniając się z daleka z przesadną uniżonością szczupły żydek i wyciągnąwszy z chałatu jakieś pudełko, mówił półgłosem: ”Może panowie pozwolicie papierosów, ostatnie pięć sztuk, uratowane przed (…) Moskalami; jak Boga kocham, panowie, ostatnie pięć sztuk, proszę, dziesięć halerzy sztuka”.

     Zwabieni sławną historyą owych papierosów, kupiliśmy je. Żydek, widząc, że płacimy, z chytrym uśmiechem sięgnął gdzieś w niezgłębione skrytki chałatu, specjalnym ruchem, dającym się obserwować tylko u narodu wybranego, i przed naszemi zdumionemi oczyma otworzył nowe pudełko, obecnie z setką świeżutkich papierosów, mówiąc; „ Jak Boga kocham - panowie, ostatnie papierosy - dziesięć halerzy sztuka”(…).

     I od niego dowiedzieliśmy się coś o Moskalach. Otóż ten malutki Żydek, we własnej osobie dostał się w ich ręce, za to, że nie w odpowiedniej porze zjawił się na ulicy. Wprowadzono go do jakiegoś budynku, gdzie znajdowali się żołnierze, pełniący wartę. Każdy z nich idąc i wracając z owej warty, tak sobie, z ”dobrej woli”, jak nas opowiadający zapewniał, wymierzał mu dwadzieścia piec nahajek. Żydek, chcąc zapewnić nas o prawdziwości słów, odwijał rękawy, rozpinał szaty, wskazując na liczne, sine pręgi.

         Zbliżał się wieczór; trzeba było zakrzątnąć się za pomieszkaniem. Udałem się z towarzyszem w boczną ulicę. Wszędzie ruina. Doły piwniczne patrzą pustymi oczodołami cyklopa. Spękane, pochylone ściany cudem, zdaje się, stoją jeszcze. Tu, przez środek budynku jakiś straszliwy pocisk wydarł wąskie przejście, rozdzierając mury od dachu po fundamenta, jakby siekierą olbrzyma. Tam znów granat, nie szanując tajemnic, odwalił jedną ścianę mieszkania, ukazując wnętrze pokoju. Pierwszy rzut oka pada na miłe kolory tapet, przechodzących na przełomie ściany w długie pręty poszarpanej plecionki trzcinowej, oblepionej jeszcze gdzieniegdzie gruzem. Ulice i podwórza zryte granatami. Z nor podziemnych i piwnic wyłażą lękliwe postacie, by znów zniknąć za jakiem odłamem muru. Przechodziliśmy wolno, obserwując straszne zniszczenie. Zdaje się niemożliwą rzeczą, by to miasto, niedawno tak miłe sprawiające wrażenie do tego stopnia mogło stać się ruiną i pustką. Ma się wrażenie, że jakiś hufiec cyklopów- rycerzy na olbrzymich koniach przeleciał huraganem tędy i poroztrzaskał tę osadę ludzką, jak mrowisko lub domki z piasku. I widzisz ogromne dziury powyrywane potężnemi kopytami rozpętanych rumaków. Wzrok biegnie gdzieś w przestrzeń, w pogoni za tym strasznem hufcem, rycerzy zakonu śmierci, gdyż zdaje się, że dopiero co przelecieli tedy, że jeszcze ziemia dudni pod kopytami koni - tytanów.

         Błądziliśmy oglądając zniszczenie, gdy wtem jakiś potężny huk rozległ się w pobliżu. Spoglądneliśmy na siebie, nie wiedząc co to znaczy. Po chwili przebiegł przed nami może dziesięcioletni chłopak, obwiązując sobie chustką silnie krwawiącą rękę ,[wbiegł] do obok stojącego domu. Weszliśmy za nim. Pokazywał rękę jakiejś kobiecie, mówiąc spokojnie.

       - Bomba urwała mi dwa palce, ale już zawiązałem rękę.

       - Dwa palce? –spytała kobieta – biednyś; chodź, napij się herbaty. Wyszliśmy, nie rozumiejąc spokojnego tonu rozmowy tych dwojga. Dowiedzieliśmy się potem, że często tu wybuchają pozakładane [miny] przez Moskali (…).

     Znaleźliśmy się na drodze  wiodącej do parku. Tu stoi jeszcze szereg domków, prawie że nie uszkodzonych.

     

     

    W jednem z okien, ze zdumieniem, nie mniejszem, jak to, spoglądaliśmy na motywy świadczące o piekielnej sile pocisków, spostrzegliśmy - ni mniej, ni więcej, tylko maleńką małpkę (…), zajadającą coś łapczywie, która mrożąc z nieprawdopodobna kokieteryą oczka, przyglądała się nam z ciekawością. Mimowolnie uśmiechnąłem się.

         - Zachęcająca ta małpka – mówi mój towarzysz, chodźmy zapytać o mieszkanie.

        Pukamy do drzwi. Prześliczna, jak majowy poranek panna, z czarującym uśmiechem zaprasza nas do środka; właścicielka owej małpki. Zauważyła zdaje się, że podziwialiśmy jej ulubienicę i dlatego zapewne tak promiennym uśmiechem na obdarzyła. Znaleźliśmy się w bardzo przyzwoitem pokoju, gdzie przedstawialiśmy się mamusi owej królewnej martwego miasta i gdzie wyłuszczywszy właściwy powód swej wizyty, znaleźliśmy wygodne kwatery. Tu słuchaliśmy - nie przerywając ni słowem – opowiadania z czasów inwazyi, opowiadania bez końca.

         Dowiedzieliśmy się, że owa miluchna panienka przez cały czas nie opuszczała Gorlic. Przemieszkiwała wraz z mamusią w piwnicy i przyzwyczaiła się do huku armat, tak, że nie mącił jej on wcale snu.

         - Raz - opowiadała - gdy z powodu bólu zębów spać nie mogłam, liczyłam dla skrócenia czasu wystrzały meserów, bo trzeba panom wiedzieć  rozróżniam bardzo dokładnie strzały każdego kalibru armat. Naliczyłam dwadzieścia i jeden; wtedy ocknęła się mama i sennym głosem mówiła: -Wandziu, zdaje mi się, że strzelają, nie miałam czasu odpowiedzieć, gdyż mamusia usnęła na nowo.

        Nie wierzyłem uszom, patrząc na te nikłą dziewczynkę, z takim spokojem opowiadającą swoje przeżycia. Zauważyła, zdaje się, to niedowierzanie i wybiegła do drugiego pokoju, ukazując się za chwile w progu, z karabinem rosyjskim przy oku, skierowanym do mnie. Oglądaliśmy trofea wojenne małej bohaterki, podczas gdy ona z minką, w której rzeczywiście malował się żal szczery, mówiła:

        - Szkoda, że nie mamy fotografii swej, zdjętej na naszem podwórzu, przy dole wyrwanym granatem. Dziś on tylko został, ale podczas zdjęcia leżały tu cztery rosyjskie trupy rozdarte właśnie pociskiem owego granatu. Proszę sobie wyobrazić, co za oryginalne zdjęcie. Cóż, kiedy ostatnie zabrał mi jakiś oficer artyleryi, bawiący u nas na kwaterze

        Przysięgam, że nie wierzyłem wprost, że to rzeczywistość. To dziecko, jasne, jak chmurka wiosenna, rozprawiające z żalem o zabranej fotografii swej, na tle porozdzieranych trupów i zapewniające nas o oryginalności zdjęcia. Wyszła zanieść karabin na dawne swe miejsce, a podczas jej nieobecności towarzysz mój mruczał coś pod nosem o straszliwem zdziczeniu obyczajów.

        Zostaliśmy zaproszeni na kolację, powiedziałbym wcale porządną, a biorąc pod uwagę obecne stosunki, nawet wykwintną. Podczas kolacji znów dalszy ciąg opowiadań. Rzuciłem pytanie:

     - Jak radziliście sobie państwo, gdy przyszli rabować żołnierze?

     - Jeden rubel zawracał ich od drzwi, odchodzili całując mnie po rekach - mówiła matka.

     - Raz skarżyła się oficerowi na częste nachodzenie żołnierzy. Odszedł spokojnie - przecież pani nie zrobili nic złego.

     - Tu obok - rzekłam do niego, wymordowali całą rodzinę.

     - Przecież to byli „Jewreje”(Żydzi) - odpowiedział z takiem zdumieniem, jakby mu ktoś zaprzeczał ów pewnik matematyczny, że dwa razy dwa jest cztery.

        Nocą wyszliśmy z mem towarzyszem w miasto. Cudna, księżycowa noc. Cienie poszarpanych murów przeskakujących przez dziury powyrywane granatami i doły piwniczne, w potworne łamały się kształty. Z olbrzymiego jakiegoś budynku pozostał tylko szkielet, świecący w świetle księżyca szeregami poprzecznych ścian, jakby nagiemi żebrami. Gdzie skierowaliśmy kroki - ruina i pustaka - nie spotkaliśmy nikogo. Niektóre sceny przypominały ruiny „wiecznego miasta” (…):

        - Idź na północ, na ziemię mogił i krzyżów; poznasz je po milczeniu, po zagorzałych chatach ubogiego i po zniszczonych pałacach wygnańców”.

     

    5.

     

    „Ze zburzonego miasta.

     

     

    Gorlice, 27 grudnia.

     

        Ze strasznego zniszczenia, jakie nawiedziło nasze miasto [Gorlice] i okolicę, zaczyna się powoli powiat podnosić. Zniszczonych kilkanaście wsi, przez które przechodziła linia bojowa, odbudowuje się dość szybko.

        Wytrzymałość i odporność chłopa naszego przezwyciężyła wszelkie trudności. Jeśli spaliła mu się chałupa, a została stajnia, lub stodoła, wówczas tam mieszka tworząc sobie tymczasowe mieszkania, byle tylko przezimować, wiosny doczekać i swój zagon obrobić. Jeśli dostanie drzewa, buduje sobie szopę na mieszkanie, kupuje w dalszych niezniszczonych okolicach cały budynek drewniany, rozbiera go i przewozi na swój grunt, byle tylko mieszkać na swoich śmieciach. Pomocą tu była zapomoga rządowa, której około 500 tysięcy koron przypadło na powiat. Mimo zniszczenia znacznej części powiatu, przecież 80% gruntów chłopskich jako tako jest obrobionych.

     Grunta dworskie natomiast, których zresztą w powiecie niewiele, w połowie leżą odłogiem.

         W mieście samem jest stan o wiele gorszy. Ocalałe z pożaru domy mieszczą po kilka, kilkanaście rodzin, prowizoryczne zaś mieszkania, gdzieniegdzie wśród ruin zbudowane, urągającą najprymitywniejszym wymaganiom hygieny. Grasuje też ospa. Środek miasta wraz z rynkiem prawie pusty, mniej zamieszkałych ulic nie oświetla się. To też między ruinami i zwaliskami niebezpiecznie iść w nocy, bo wicher ze zwietrzałych murów zrywa czasem cegłę lub blachę, grożąc co najmniej pokaleczeniem, a wypadków takich było już dość.

         Ze zburzonym kościołem urządzono się tak, że jedną z naw bocznych, mniej zniszczoną, oszalowano deskami i w ten sposób urządzono prowizoryczną świątynię.

      Miastem rządzi nadal dotychczasowy „burmistrz wojenny”, obecnie komisarzem wojennym zamianowany ks. Świeykowski.

     

     

     

    Pocztówki wydane w formie „składanki” pochodzą ze zbioru Grzegorza Liberackiego, członka naszego Stowarzyszenia.

    Artykuł będzie uzupełniany.

    Copyright Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915”