sh@gorlice1915.com.pl

tel. 505 959 828

Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915” K.K. 32 LIR

Gospodarka wojenna

 

 

[Patrz także: Obwieszczenia oraz Poradnik wojenny]

 

Gospodarka wojenna

 

Pieniądzem obiegowym w monarchii austro-węgierskiej była korona austriacka. 1 K = 100 halerzy.

                Wspólny bank dla całych Austro-Węgier wypuszczał banknoty, które z jednej strony miały napisy w języku niemieckim, a ponadto z boku wartość nominalną stosownie, w pozostałych 8 językach narodowych uznawanych w państwie (nie licząc niemieckiego i węgierskiego). Na drugiej stronie napisy tylko po węgiersku. Ponadto bank węgierski wypuszczał również swój bilon, też w walucie krajowej (z innym rysunkiem), ale wartość obiegowa była ta sama dla całych Austro-Węgier. Z początkiem wojny kurs korony był „mocny”. Złote monety były jakiś czas normalnie w obiegu. Tylko ceny niektórych artykułów trudnych do uzupełnienia szły powoli w górę (nikt nie miał pojęcia, że wojna potrwa tak długo). Mówiło się o niektórych „kapitalistach”, że przezornie lokują gotówkę również w dolarach ( 1 dolar =ok. 5 koron) i frankach szwajcarskich.

Niedługo po rozpoczęciu wojny państwa centralne (Austria i Niemcy) zostały całkowicie odcięte od dostaw z zewnątrz, a więc brak było przede wszystkim surowców „strategicznych” dla przemysłu wojennego jak metali kolorowych i gumy (kauczuku) itp. Katastrofalny brak gumy był tak mocno odczuwalny, że te największe automobile z reguły jeździły na żelaznych obręczach i to w dodatku z poprzecznymi żebrami (przeciwślizgowymi). Mniejsze miały po dwie opony, zazwyczaj na tylnich kołach.  Jak to niszczyło drogi to trudno uwierzyć. Bardzo często, mimo trwałej nawierzchni wyglądały jak zaorane pole. Nad drogami szczególnie uczęszczanymi przez automobile ciężarowe i ważnymi były nieraz napisy (po niemiecku naturalnie) „zmienić ślad !” tzn. nie pogłębiać już istniejących kolein. A i tak droga na całej szerokości była zniszczona. Hamowało to i utrudniało ruch także całego taboru konnego.

Brakowało coraz bardziej surowców. Zarządzono więc rekwizycję nie tylko wyrobów z mosiądzu ( klamki, samowary, moździerze, wszelkie uchwyty i ozdoby nawet te przy maszynach do szycia itp.) Zabierano też to co z miedzi i cyny i innych metali. Zabierano nawet dzwony z kościołów (lufy armatnie były początkowo tylko z brązu, a łuski armatnie i karabinowe z mosiądzu. Ale pod koniec wojny wprowadzono w to miejsce stal). Ofiarą tego padł również i bilon. Najpierw monety z miedzi, a później i z niklu wycofano z obiegu, a w to miejsce bili same żelazne.

Monety srebrne zastąpiono banknotami. Naturalnie monety złote znikły z obiegu. Bank ich więcej nie wypuszczał, a osoby prywatne zaczęły uważać je jako najpewniejszą lokatę kapitału.

Rząd zachęcał do ofiarowania złota, biżuterii, a nawet własnych obrączek ślubnych na skarb państwa, a w zamian dostawało się obrączkę żelazną z odpowiednim napisem w około i oprawą od wewnątrz i po bokach z cieniutkiej blaszki ze złota. Wypuszczono też obligacje i przeróżne „pożyczki wojenne”, które musiało się obowiązkowo nabywać.

Aby uniknąć odpływu banknotów austriackich na okupowane tereny (np. do Włoch) wydrukowano w 1918 roku specjalne banknoty opiewające na liry względnie centy z napisem akurat tu po włosku, a obciążające jakiś bank w Wenecji. Takimi „lirami weneckimi” wypłacano wojsku i też jako rekompensatę za rekwizycję. Z tym, że nie wolno ich było wywozić do kraju i na stacji granicznej przy wyjeździe np. na urlop należało je wymienić na korony.

Normalny handel podupadł zupełnie, bo po prostu nie mieli co sprzedawać (sprzedawano przeważnie już tylko wyroby chałupnicze). Coraz częściej spotykało się z handlem wymiennym miasta ze wsią. Do wyrobu różnych tkanin dodawano coraz częściej i coraz więcej włókna z pokrzyw, którą zbierano masowo.

Wyżywienie.

Przemysł jak i często całe rzemiosło pracował wyłącznie na potrzeby dla wojska. Przyjęły się różne namiastki (erzatz) jak np. w spożywczych: herbata, kawa, miód, marmolada i tp.

Dostawy żywności dla wojska też pogarszały się co do ilości jak i jakości. (…), bardzo dotkliwie odczuwało się brak jarzyn. Dla szeregowych dostarczano od czasu do czasu jarzyny suszone. Była to mieszanina czegoś nie do rozpoznania, bo tak to było zsuszone no i bardzo trudno to było rozgotować. Nazywano powszechnie „to coś” „drutem kolczastym”. Chleb był wypiekany z jakiejś mieszaniny o składzie bliżej nie znanym (chodziły słuchy, że dodawano trocin drzewnych bo to syci) to też gdy się trafił czasem z mąki (a raczej kaszy) kukurydzianej to chociaż się kompletnie rozpadał ludzie byli bardzo zadowoleni, bo przynajmniej było wiadomo z czego on jest i miał jakiś określony smak, a ze względu na kolor mówiło się że ”jest na jajkach” jak baba świąteczna. Rozdział prowiantu następował przez żołnierzy na kocach na „kupki”.

W kraju cała żywność dla ludności była naturalnie na kartki. Nie jednego z braku po prostu mimo kartek nie wydawano. A wszystko w ilościach coraz bardziej skąpych. Naturalnie na wsi, tam gdzie front zniszczeń nie poczynił i żołnierze wszystkiego nie wyjedli, braków takich się nie odczuwało. Coraz bardziej rozpowszechnił się tam handel wymienny z miastem.

Na froncie wydawało się też od czasu do czasu rum, ale bardzo słaby. Naturalnie obowiązkowo przed jakąś akcją, bo mówiło się powszechnie:

 „nie ma rumu, nie ma szturmu!”.

 

Copyright Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915”