sh@gorlice1915.com.pl

tel. 505 959 828

Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915” K.K. 32 LIR

    Okupacja Gorlic

     

    1.

     

    Z inwazyi rosyjskiej w Gorlicach.

     

    I część.  Sytuacja w Gorlicach

     

                 (…) Istne piekło przeszli Gorliczanie przez pół roku, przebywając w środowisku rosyjskiem, ostrzeliwanem przez armię austryacką. Wojska austryackie, jak już doniesiono, stały pod samym miastem w stronie południowo-zachodniej, zachodniej i zachodnio-północnej od dnia inwazyi, to jest od 27 grudnia do dnia 2 maja. Oddalone były zaledwie 10-15 minut drogi od miasta i dotykały przedmieść; Stróżówka, Dworzyska, Na Blichu, Magdalena. Rosyanie usadowili się od strony dworca kolejowego, na gościńcu, prowadzącym z Zagórza i Glinika Maryampolskiego, wreszcie na Zawodziu, gdzie we wspaniałym lasku sokolskim, tyle lat pielęgnowanym, ustawili swe baterie, a całe wzgórze w tym lasku, ciągnące się w kierunku południowo-wschodnim, przemienili na formalną fortecę.

                Miasto znajdowało się w samem centrum pocisków i strzałów karabinów maszynowych, tak z jednej jak i z drugiej strony. Tem więcej, że Rosjanie z każdego domku w mieście, kamienicy, lub jakiegokolwiek innego obiektu, tworzyli sobie „pozycyę” – wojska zaś sprzymierzone miały za zadanie zniszczenie tych „pozycyj”. Przez 126 dni i nocy ziały więc armaty strasznym ogniem, rozbrzmiewał grzechot karabinów maszynowych i ręcznych, z łomotem padały dachy i ściany kamienic lub domów, a w górę wzbijały się ogniste języki płomieni(…).

                Obok tej straszliwej muzyki rozchodził się daleko zapach spalenizny i rozkładających się ciał ludzkich, których nieraz 2 i 3 tygodnie nie uprzątnięto z powodu toczących się walk. - Nawet ludność cywilna nie była w stanie pochować zwłok swoich krewnych, którzy w przechodzie, a raczej przebiegając ulicę, padli od kul, lub których dosięgła kula w domach, piwnicach i kryjówkach. Na cmentarz, z wyjątkiem grabarza - nie puszczano nikogo, bo tuż za cmentarzem znajdowały się pierwsze okopy austryackie.

                Kilka tylko razy nastąpiło coś w rodzaju zawieszenia broni. Wówczas tak z jednej jak i z drugiej strony sanitaryusze grzebali zwłoki poległych żołnierzy i ludności cywilnej. -Wówczas z ani jednej, ani z drugiej strony nie padały strzały. Czy było to umówionem przez parlamentarzy, czy też niejako samorzutnie i milcząco wzajemnie akceptowane – ludności cywilnej nie wiadomo. - Pierwszy raz taki generalny pogrzeb odbył się 14 stycznia, drugi w połowie lutego, trzeci 21 marca, czwarty podczas świąt wielkanocnych. W te tylko dni podczas inwazyi odważniejsi mieszkańcy, żądni powierza i światła, wywlekli się ze swych kryjówek.

                W innych dniach ludność w pośpiechu i panicznym strachu opuszczała swoje kryjówki i wśród świstu pękających szrapneli przebiegała ulice, uciekając z przedmieścia na przedmieści.

                Gdy waliły pociski i wywoływały pożary „Na Stróżówce,” uciekano „Na Zawodzie”. Drugiego dnia było tożsamo- „Na Zawodziu” uciekano „Na Blich”. Z miejsca na miejsce, jak ścigana zwierzyna przez 5 miesięcy uciekali Gorliczanie; szcześliwym czuł się ten, kto wśród śniegu i mrozu uratował życie(…).

    Dni wprost strasznych - było kilka. - Do takich należał dzień wkroczenia wojsk nieprzyjacielskich t. j. 27 grudnia. Następnym takim dniem był 12 stycznia. -  500 - 600 pocisków armatnich padło w tym dniu na śródmieście . – Trzecim takim dniem był czwartek 12 lutego. – W ośm dni później t. j. w niedzielę 20 lutego znów pada na miasto około 1000 pocisków armatnich, godząc w szereg budynków w rynku, ul. Stróżowskiej i na „Dworzyskach”. W kilkunastu miejscach równocześnie wybucha pożar. - Ratunek niemożliwy, bo pociski padają raz po raz. - Trzeba uchodzić do ruin innych domów, które padły pastwą pożarów kilka dni przedtem, tam siedzieć w ukryciu wśród zimna i głodu i czekać chwili, gdy i stamtąd trzeba będzie uciekać.

    Dnia 25 lutego znów na całe miasto od wczesnego ranka pada pocisk za pociskiem. – Pożar jeszcze większych rozmiarów niż poprzednie ogarnia rynek, ulicę Stróżowską, Krzywą, Zamkowa, św. Mikołaja i Cmentarną. Już nie ma się gdzie ukryć. Stoją więc ludzie w ulicach zupełnie zrezygnowani. Nie bacząc nawet na to, że tu i ówdzie pada ktoś od kuli. Duszą się od dymu, lecz stoją – bo dokąd iść mają?

     W dniu tym padło trupem około stu osób ludności cywilnej.

                 Po tym najstraszniejszym dniu kilkaset osób zwróciło się do komendanta rosyjskiego z prośbą o przepuszczenie przez linię bojową. – „Komandir” odmówił, zezwolił tylko na wyjazd w stronę Jasła, czyli tam gdzie także rządziła nahajka kozacka. Tam też około 200 osób odjechało, a raczej poszło, brodząc w śniegu, bez grosza w kieszeni. Aby jak najdalej od okropnego terenu(…).

     

    II część. O aresztowaniach cywilów i represjach

     

                 (…) Aresztowania były na porządku dziennym.

    Aresztowano głównie żydów, aczkolwiek i obywatele katoliccy nie byli wolni od prześladowań. Wystarczyło iść przez miasto we dwóch, aby być aresztowanym za szpiegostwo. Tak - jednego dnia - dwóch żydów spotkało się na rynku i zamieniło ze sobą kilka słów. Z miejsca zostali aresztowani i dla odstraszającego przykładu w tym samym dniu aresztowano 98 innych, dla zaokrąglenia setki i wywieziono. Innym razem, gdy do Gorlic zajechał inny komendant rosyjski, zagroził miastu nałożeniem kontrybucji. Przekonawszy się, że nie będzie jej od kogo ściągnąć, że to co było do ściągnięcia, zabrał już jego poprzednik, wezwał do magistratu 10 żydów, których uważał za bogatych i polecił wywiezienie ich z miasta, co też zostało wykonane(…).

    Dnia 18 kwietnia wczesnym rankiem pojawił się nad Gorlicami aeroplan austriacki. Rosjanie zaczęli go ostrzeliwać, ale bezskutecznie. Aeroplan odleciał. W jakiś czas po jego odlocie granaty zaczęły walić na zamieniony w koszary budynek gimnazyum. Budynek runął, grzebiąc w gruzach około stu żołnierzy; z cywilnej ludności zabity został pewien emerytowany listonosz (…), w mieście zranionych zostało i troje dzieci(…). Ponieważ w czasie ostrzeliwania aeroplanu przyglądali się mu przez chwilę dwaj obywatele gorliccy(…), zawezwał ich komendant rosyjski i pod zarzutem, że dawali znaki aeroplanowi austriackiemu, kazał ich aresztować i wywieźć z Gorlic.

    W ul. Stróżowskiej Jan Smoluchowski(…) zatykał przed śnieżycą dymnik. Aresztowano go w tej chwili pod zarzutem, że „dawał znaki Awstryjcom”.

                Mimo zimna, Wygrzywalskiego, 73 letniego starca, wyrzucono z domu, wyrzucono również jego żonę, starszą i chorą kobietę i jej matkę ociemniałą, 90 letnią staruszkę. Dopiero za usilnem wstawieniem się ks. Świeykowskiego u komendanta puszczono p. Smoluchowskiego na wolną stopę, żonie zaś p. Wygrzywalskiego i jej matce zezwolono powrócić do mieszkania, ale p. Wygrzywalskiego wywieziono.

    W pierwszej połowie kwietnia kazał komendant aresztować na chybił trafił 10 żydów. Sprowadzonym oznajmił, że ponieważ żydowskie dzieci uszkodziły telefon polowy, aresztuje ich i każe wywieźć na Sybir. W nocy wszystkich wywieziono.

    Dnia 29 kwietnia, a więc na trzy dni przed wymarszem Rosyan z Gorlic przeprowadzono rewizyę u znanego obywatela gorlickiego, Jaskmańskiego, zamieszkałego w rynku. Po rewizyi aresztowano go, jak również zamieszkałego w tej samej kamienicy majstra szewskiego Wahla oraz jego czeladnika Mierzwińskiego. Zarzucono im, że dawali znaki świetlne wojskom austryackim.

                Ogółem wywieziono z Gorlic kilkuset żydów i przeszło stu chrześcijan. Dokładnej liczby na razie ustalić nie można, gdyż nie wiadomo w tej chwili, kto z ludności cywilnej padł od kuli na ulicy, albowiem grzebać zwłok nie pozwolono (czynili to sami sołdaci), a kto został aresztowany i wywieziony. Liczne były wypadki, że ktoś wyszedł z mieszkania i więcej nie wrócił, otoczenie zaś nie mogło się dowiedzieć, co się stało z zaginionym. Jaki los spotkał wywiezionych, również dotychczas brak informacji. Czy niektórzy z nich zostali straceni, czy też wywiezieni w głąb Rosyi – dopiero przyszłość okaże(…).

    Szereg osób rozstrzelano. Dwa wyroki wykonano publicznie, wiadomo więc kogo dotknęły. Jednym z nich był 80-letni Bursch. Mając do wyboru śmierć z głodu albo od kulki, zaryzykował to ostatnie i wybrał się po ziemniaki do Ropicy, zarzuciwszy worek na plecy. W drodze aresztowali go sołdaci i zaprowadzili przed komendanta. Ten zarzucił mu szpiegostwo. Nie pomogły tłumaczenia, ani interwencja ks. Świeykowskiego. Komendant zawyrokował karę śmierci przez powieszenie, którą w drodze łaski zamienił na rozstrzelanie.

                 Drugi wyrok śmierci padł na policyanta gminnego Szwargę. Znaleziono u niego 50 rubli i zarzucono mu, że ułatwia żołnierzom rosyjskim dostanie się do niewoli austriackiej, za co pobierał pieniądze. Dnia 26 marca Burscha i Szwargę wyprowadzono na wzgórza przy ul. Kolejowej tuż za starostwem, zawiązano oczy i rozstrzelano. Te dwa wypadki oburzyły nawet sołdatów, którzy dawali temu wyraz w rozmowach z Gorliczanami. To też, gdy po kilku dniach znalazło się znowu kilku śmiałków i wybrało po wiktuały do Stróżówki, nie odprowadzali ich już żołnierze do komendanta, lecz sami nałożyli na nich karę – w porównaniu do kary śmierci - dość łagodną. Mianowicie przetrzymali ich przez trzy dni w okopach bez jadła i wody i dopiero w czwartym dniu puścili z powrotem do miasta(…).

     

     

    III część. O żywności i rabunkach

     

                  (…)Gorlice przeszły dwie inwazye rosyjskie - Pierwsza trwała od 20 listopada do 12 grudnia [1914 roku] mieszkańcy przebyli ją stosunkowo znośnie, aczkolwiek bez rabunków i innych wykroczeń się nie obeszło. Zdołano się uspokoić i jako tako się urządzić przez święta Bożego Narodzenia, gdy konfiguracyja wojenna Gorlice wprowadziła w samo centrum walk. Dnia 27 grudnia – nastąpiła druga inwazya rosyjska. Miasto zalane zostało kawaleryą rosyjską rozmaitych rodzajów, złożonej przeważnie z kozaków syberyjskich, brodatych Czerkiesów, skośnookich Kałmuków i Tatarów o kwadratowych policzkach. Mieliśmy ich tu przez 126 dni, przez czas trwania walk dookoła Gorlic. Gdy część ich brała udział w bitwach, inni zajmowali się rabunkiem, rozbijaniem sklepów i mieszkań - Najpierw obrabowano sklepy i mieszkania żydowskie, potem rzucono się na rabunek katolickich mieszkańców. Ponieważ kuchnie polowe rosyjskie dowoziły stosunkowo mało i rzadko kiedy pożywienie, dobierano się do najgłębszych skrytek i piwnic. Tak natrafiono w kilku ogromnych piwnicach na nieprzebrane składy jaj, zakonserwowanych w wapnie, a należące do handlarzy gorlickich. Prawie momentalnie w całem mieście raczono się jajami. Przy studniach opłukiwali żołnierze rosyjscy jaja z wapna i w pokradzionych tygielkach, garnuszkach żelaznych i w rądelkach, przyrządzali sobie jajecznicę. Wyczerpały się jednak i te zapasy jaj i po kilku dniach wśród żołnierzy rosyjskich nastał okres głodu. Wprawdzie z okolicy (z Maryampola, Kobylanki, Zagórzan) rekwirowali jeszcze Rosjanie tu i owdzie zapasy żywności, zaczęli jednak wkrótce żywić się burakami pastewnemi.

     

     

                - Biedni Gorliczanie także od dawna przymierali głodem. Pochowani w piwnicach, chroniąc się przed padającemi szrapnelami, żywili się zepsutymi ziemniakami i burakami. W tym czasie wycofano z Gorlic pewną część kawaleryi rosyjskiej i zastąpiono ją piechotą. Razem z nią przybył nowy komendant. Do niego też zwrócili się z odpowiedniem przedstawieniami reprezentanci miasta, podnosząc brak żywności i zachowanie się wojska. A przedstawicieli tych była zaledwie garstka. Burmistrz miasta Tarczyński wyjechał jeszcze przed pierwszą inwazyą, wyjechał także z miasta szereg radnych, inteligencya i zamożniejsze mieszczaństwo chrześcijańskie i żydowskie. Pozostali ks. kanonik Bronisław Świeykowski, który ujął w swoje ręce ster rządów(…).

    Komendant przyrzekł, że pewna większa ilość ryżu, przechowana w budynku magistratu, nie ulegnie konfiskacie i zezwolił na sprzedawanie tego ryżu ludności i na wysłanie przez magistrat wozów do Jasła po artykuły żywności. Skorzystał z tego skwapliwie ks. Świeykowski i od tego czasu zaprowiantowanie miasta było wprawdzie skąpe, połączone z ogromnemi trudnościami, ale ostatecznie już do końca inwazji ludność nie żyła skazana na śmierć głodową. Ci, którzy potrafili mimo wszystko ukryć nieco gotówki, płacili za artykuły żywności, biednym udzielał zaś magistrat bezpłatnie.- Kilogram maki kosztował 1.50 kor., ryżu lub pęcaku 1.60 kor., cukru do 3 kor., ¼ mtr. sześć. ziemniaków od 7-8 koron. Za bochenek chleba, który niekiedy odsprzedawali żołnierze, płacono 2-3 korony.

                W kwietniu brakło już żywności wśród ludności, bo część jej wydano, resztę zrabowali sołdaci. I znów głód zapanował wszechwładnie.

    W tym czasie przybyła jakaś Rosjanka, rzekomo delegatka „Czerwonego Krzyża” i przyrzekła, że wystara się u rządu rosyjskiego o nadesłanie bezpłatnie większej ilości maki i jej rozdanie. Rzeczywiście w wielkim tygodniu nadszedł większy transport mąki chlebowej, którą rozdano bezpłatnie po 3-5 kg. na rodzinę. Jak stwierdzono, była to mąka udzielona przez Komitet ratunkowy naszych rodaków dla ludności polskiej na terenach, zniszczonych pożogą wojenną, mieszkańcom zaś mówiono, że przysyła ją rząd rosyjski.

     

     

                Zazwyczaj nikt nie wychodził z domów, a raczej z piwnic, do których skryli się najodważniejsi. Były dni kiedy trzeba było uciekać z jednego końca miasta na drugi. Najgorzej było w okolicy cmentarza, tak zwanej „Magdaleny” i w ul. Zamkowej, gdzie wzajemnie się ostrzeliwano karabinami ręcznymi i maszynowymi. Pociski armatnie wzniecały  często pożary, i wtedy - gdy ludność w popłochu – uciekała, żołdactwo rabowało. Ludziom zdzierano czapki z głowy, ubrania z pleców, buty z nóg. Wśród śniegu i mrozu, głodni, bosy, nadzy – uciekali ledwo z życiem. Gdzie jeszcze były całe budynki i mieszkania, gromadziło się po kilkadziesiąt osób w jednej ubikacji. Na podłogach spano razem, bez względu na wiek i płeć. Wśród takich warunków ludzie nie rozbierali się, będąc w ciągłem pogotowiu. Nikt nie myślał o przebieraniu bielizny, bo tej nie można było wyprać. Zaczęły szerzyć się choroby.

    W poszukiwaniu za pieniędzmi zaczęli sołdaci dokonywać rewizyt. W jednym domu wykryto starążydówkę z bandażem na ręce. Jeden z kozaków oderwał bandaż, z pod którego wypadło kilka banknotów 10 i 20 koronowych. – Odtąd każdemu, kogo zobaczono obandażowanego (a było sporo osób z opatrunkami z powodu zranienia od szrapneli), czy to na ulicy, czy w domu, oddzierano bandaże do krwi w poszukiwaniu za pieniędzmi.

                W innym domu wyjął kozak dziecko z kołyski i zaczął przeszukiwać pieluszki. Gdy wśród nich znalazł istotnie ukryte 10 koron, odtąd ciągle przeprowadzano rewizye u wszystkich niemowląt(…).

          Palić po mieszkaniach nie było wolno od 7 wieczorem do rana, aby wojskom austriackim, stojącym pod miastem, nie dawać dymem znaków! Nie wolno było świecić w mieszkaniach, wszędzie okna miały być pozasłaniane, chociaż i bez tego zakazu zatykano okna siennikami i szmatami z obawy przed pociskami, albo z powodu braku szyb, które dawno powypadały od strzałów i detonacyj. Nie wolno było cywilnej ludności przechodzić ulicą we dwójkę lub zatrzymywać się. Nieopatrznych czekała kula na miejscu, a w najlepszym razie wywiezienie w głąb Rosyi. Szereg ludzi zastrzelono, znaczną liczbę wywieziono(…).

     

     

    2.

    Moskale w Gorlickiem.

      

       Z pobytu Moskali w tutejszym powiecie mam do zanotowania i podania do publicznej wiadomości kwiatki zezwierzęcenia kozaków. W gminie Bieśniku, należącej do tutejszej parafii, napadli ludzi w nocy, rabowali, co się dało i hańbili dziewczęta. Sceny strasznego zezwierzęcenia ludzi potworów nie możemy opisać.

    Żydowi zamieszkałemu zrabowali wszystko, a jego samego włóczyli za nogi kilka godzin chcąc wymusić na nim wyznanie, gdzie ma jeszcze ukryte pieniądze.

       Po odejściu Moskali ludność odetchnęła. Z nowym rokiem napłynęło mnóstwo naszego wojska. Przyszła linia bojowa, czego tylko w tej nieszczęśliwej pożodze się obawiałem. Mieszkałem pod granatami rosyjskimi dwa tygodnie, które padały obok plebanii tak, że drzewa z korzeniami wylatywały w powietrze. Gdy i nasze lekkie i ciężkie armaty zaczęły obok kościoła swą muzykę, wyjechałem(…). Obecnie siedzę w domu, bo muzyka nieco przysłabła, a zwłaszcza rosyjskie granaty, inny od kościoła oddalony cel sobie obrały.

      Gdy się jest naocznym świadkiem zniszczenia wojennego, często przychodzi myśl, że nasz lud z większem zrozumieniem i goręcej winien był błagać w suplikacyach: od powierza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie!

    Dały się słyszeć głosy przed wojną pośród zbałamuconego chłopstwa polityką przewrotną: żeby wojna przyszła, to będzie nam lepiej!

       Wszystkim było dobrze, nawet za dobrze, narzekali, że im źle. Dziś dopiero wiedzą, co to bieda! Długoletnia praca i zabiegi około zagospodarowania się poszła na marne. Jest powietrze, bo ludzie mrą jak muchy, jest już głód, jest ogień, bo co nocy widać łuny na wszystkie strony, palą się domy po wsiach i po miastach. Zarobek pracy ludzkiej idzie co chwila z dymem. Wielu ludzi ewakuowano, kazano się wynosić z własnego domu ze względów strategicznych. Poszli z płaczem, wlokąc za sobą wózki, niosąc na rękach małe dzieci. Bez chleba, na mrozie, bez dachu!

     Prawdziwy obraz nędzy!

     

    3.

    Z zachodnio-galicyjskiego terenu naftowego.

    Stosunki na zachodnio-galicyjskim terenie naftowym Gorlice- Jasło objaśnia list jednego z urzędników, datowany na 23 grudnia [1914r.]:

     - W początkach listopada – czytamy tam - gdy miały wkroczyć oddziały rosyjskie, dyrektorowie i większa część urzędników opuściła swe stanowiska. Tylko szef rafineryi Glinik-Maryampolski pozostał. Komendanta wojsk rosyjskich poprosił o ochronę fabryki i uzyskał, że przed budynkiem fabrycznym ustawiono posterunki straży. Przez cały czas pobytu wojsk rosyjskich nie poniosła rafinerya ani warsztaty większych szkód, choć żołnierze nieraz próbowali dopuszczać się rabunków. Wojska rosyjskie w hali maszyn urządziły magazyn aprowizacyjny. Gdy zmuszono je do odwrotu, podpaliły ów magazyn. Pożar trwał od 2 grudnia aż do 6 grudnia rano, szkody jednak w fabryce były nieznaczne. Dn. 13 grudnia padło dwa czy trzy szrapneli rosyjskich koło rafineryi, również jednak nie wyrządziły większych szkód. (…) Rafinerya w Libuszy straciła wszystkie zapasy przez pożar(…).

     

     

    Copyright Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915”