sh@gorlice1915.com.pl

tel. 505 959 828

Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915” K.K. 32 LIR

Wspomnienia Jana Benisza

Gorlice, rok 1914. Egzekucje.

 

Jan Benisz, spisane na podstawie własnych notatek.

 

Wojna roku 1914 zaczęła się rzeczywiście pod znakiem zwycięstw Rosji nad Austrją. Dawne ziemie Polski zagrabione przez Austrję znane pod nazwą „Galicja”, od wschodu aż pod sam Nowy Sącz – zajęte były przez najęźdzcę. Moskwa triumfowała i szalała z radości.

             Zdawało się, że Galicja przepadła – i przydzieloną zostanie Rosji. W czasie tym nikt jeszcze nie marzył, że tereny te będą wolne i odzyskają wolność.

Bóg jednak ulitował się nad narodem polskim i dał mu wolność i niepodległość.

Wracając do sprawy, pragnę ujawnić niektóre wypadki, niektóre zdarzenia, których byłem świadkiem i które przeżyłem.

Po zajęciu Lwowa i obsadzeniu twierdzy austrjackiej – jaką był Przemyśl przez wojska rosyjskie - te nie czekając nawet na upadek twierdzy, poczęły posuwać się w głąb kraju, zajmując miasta za miastami.

Równocześnie niemal z posuwaniem się rosyjan wojska austryjacko-węgierskie ewakułowały miasta i wsie, tworząc w niektórych szańce do obrony.

Były to najcięższe chwile w życiu mieszkańców. W każdej bowiem takiej miejscowości- wiło się od szpiegów austriackich

i rosyjskich. Gro tych szpiegów stanowili prawosławni duchowni, zwłaszcza w Małopolsce wschodniej, stojąc na usługach rosyjskiego wywiadu i im w głównej mierze sztaby wojsk rosyjskich zawdzięczały sukcesy.

Szyfrem porozumiewawczym były obrazy świętych, umieszczane przy drogach, na domach. One kryły w sobie niejedną tajemnicę wojskową.

Szpiegostwo rozszerzało się w czasie wojny w sposób zastraszający, pociągając za sobą pożałowania godne wypadki.

Szpiedzy bowiem pracujący dla jednej ze stron walczących aby otrzymać najwyższe wynagrodzenia, często nawet Boga winnych ludzi oczerniali, oddając ich pod Sąd Wojenny – etapowy.

Po każdym taki sądzie – zapadał wyrok „za szpiegostwo skazany na karę śmierci przez powieszenie lub rozstrzelanie”.

Ginęli pojedynczo, ginęli gromadnie, niejednokrotnie całe rodziny i zazwyczaj zupełnie niewinnie. Niewinna obserwacja z okien strychu, z pagórka lub dachu pozycji nieprzyjacielskich, zapalenia światła na strychu porą wieczorną lub przejście przez miejsca zabronione wystarczało, ażeby danego osobnika, a nawet całą jego rodzinę oskarżyć o szpiegostwo.

Ludzie, jak ludzie poraz pierwszy zetknąwszy się z wojną, pragnęli zaspokojić swoją ciekawość i zobaczyć potworności wojny

i za tą ciekawość ginęli.

I nic dziwnego, że trwoga przed szpiegami przyjmowała pożałowania godne formy, gdyż szerzyła się po miastach i osiedlach jak największa zaraza.

Byłem świadkiem naocznym aresztowania całej rodziny grecko-katolickiego proboszcza pod Grybowem.

Na skutek zarzutów podniesionych przez austrjackich szpiegów – aresztowano księdza proboszcza, jego żonę, syna i córkę. Zarzucono im porozumiewanie się z nieprzyjacielem z wieży kościelnej za pomocą znaków świetlnych.

Nie pomogły przysięgi – zapewnienia, zapadł wyrok „śmierć przez powieszenie – za szpiegostwo”.

Niewinnych ludzi wśród drogi – prowadzącej z Grybowa do Gorlic powieszono na przydrożnych drzewach, zawieszając im na piersiach dwie kartki z napisem „szpieg-spion”.

Na terenach Małopolski wprost szalały sądy polowe austrjackie, które w tysięcznych wypadkach – bez zbadania nawet sprawy – bez wyroku wysyłały na tamten świat zupełnie niewinnych ludzi. W samym powiecie gorlickim, grybowskim inowo-sądeckim w ten sposób zginęło ponad 2000 ludzi.

Wyroki wypełniono z całym sadyzmem. Była to zbrodniczość i ograniczenie austrjackich władz wojskowych, które klęski swoje na frontach odbijały na obywatelach.

Szał, jaki opętał władze austrjackie nie tylko ograniczał się do masowych morderstw na obywatelach, lecz także na zrujnowaniu miast i wsi. Co tylko zagradzało ich odwrót – palono i niszczono. Po przejściu ich zostały tylko zgliszcza i ruiny.

Pewnego dnia październikowego, pod wieczór, pędzono przez ulice miasta Gorlic około 35 mężczyzn i 6 kobiet pod silnym konwojem austro-węgierskich żołnierzy.

Szli powiązani sznurami za ręce ledwo wlokąc nogi za sobą. Przeszli przez miasto i stanęli na wzgórzu pod cmentarzem od

ul. Stróżowskiej, dla odpoczynku.

Mieszkając niedaleko – potraktowawszy żołnierzy papierosami i owocami, zapytuję – dlaczego tych ludzi pędzi się jak bydło? Na to odpowiada mi żołnierz „to sami szpiedzy” mają być odstawieni do Nowego Sącza pod „Sąd Wojenny”.

Poprosiłem, aby wolno mi było z nimi porozmawiać. Niestety żołnierz obawiając się – odpowiedział, że tego uczynić nie może gdyż ma zarządzenie odnośnie aresztowanych, obchodzić się z całą bezwzględnością i surowością. Nic też dziwnego, że mając takie polecenie obchodzono się z nimi nie po ludzku. Ofiarom swym nie dawano pożywienia, pastwiono się nad nimi

w sposób okrutny, bijąc kolbami więcej opornych.

Był to widok grozą przejmujący.

Aresztowani rekrutowałi się z chłopów polskich i rusinów. Byli jednak pomiędzy nimi i inteligenci z miast. Z twarzy ich biło cierpienie, znać było głód i apatię.

Ludność gorlicka jak mogła tak ratowała nieszczęśników- przerzucając ponad konwojentów żywność w zbitą gromadę więźniów. Wszyscy im współczuli, gdyż byli z góry przekonani o ich niewinności.

Pod wieczór żołnierze rozpalili duże ognisko, obok którego legli na murawie.

Mieszkańcy Gorlic, niedaleko mieszkający, otoczyli ich kołem, opowiadają zdarzenia i wypadki dnia. Inna część obywateli, powoli systematycznie przybliżała się do nieszczęśliwych. Rozwiązywała krępujące sznury i zabierała ze sobą.

W ten sposób zwolniono wszystkie kobiety i blizko połowę mężczyzn. Nim zorientowali się żołnierze, to połowa aresztowanych była już daleko.

Podoficer austrjacki, który cały konwój aresztowanych prowadził – obawiając się, aby wszystkich nie wypuszczono – dał hasło do marszu. Wyruszyli drogą przez Stróżówkę w stronę Łużny. Od tej chwili nie słyszałem więcej o nieszczęśliwych.

Do swego mieszkania zabrałem trzech mężczyzn i dwie kobiety. Nieszczęśliwe ofiary terroru austrjackiego, nie chciały nawet jeść, lecz legły na podłodze i zasnęły snem kamiennym.

Przetrzymałem ich przez następny dzień, pod wieczór wyruszyli w drogę, w swoje strony pod Rzeszów skąd je zabrano.

Innym znów razem, przywieziono spod Ropicy ruskiej, powiatu gorlickiego chłopa ruskiego, starca zupełnie siwego, lat około 75 ze związanymi rękami i nogami. Tak skrepowanego, przeniesiono z wozu do więzienia Sądu Powiatowego w Gorlicach. Widok nieszczęśliwca – na zawsze utkwił mi w pamięci. Biedak leżał na wozie wodząc przymglonemi oczami, trochę błędnemi po otaczających, nic nie mówiąc. Czasami z krtani jego wychodził przejmujący jęk - cichy- błagalny.

O czym biedak myślał, Bóg raczy wiedzieć.

Konwojenci, nierozwiązując ani rąk ani nóg podnieśli z fury biedaka i zanieśli do gmachu Sądowego.

Jak później dowiedziałem się od klucznika więzienia p. Nożyńskiego – to dopiero on po odejściu żołnierzy rozwiazał nogi

i ręce biedakowi. Po rozwiązaniu zrąk i nóg ciekła krew. Zapytany o powód takiego znącania się oświadczył, że nic nie zrobił złego. Wpadli do jego zagrody i pobili aż do utraty przytomności. Jak przyszedł do siebie, to leżał już powiązany. Ponieważ nogi były powiązane nie sznurem lecz drutem kolczastym, każdy ruch robił mu niewysłowione męki i bóle, skutkiem czego tracił przytomność.

Na drugi dzień, o świcie zjawili się żołnierze „tyrolczycy” z oficerem na czele. Powleki go na podwórze więzienne i postawili pod mur. Cztery głuche strzały i po wszystkiem.

Zwłoki nieszczęśliwego wynieśli do piwnicy w gmachu sądowym, a następnej nocy wywieźli – niewiadomo gdzie. Za co go rozstrzelano – nikt nigdy się nie dowie. Zginął, sam nie wiedząc za co ginie.

Wypadek ten prawie że niedotarł do wiadomości mieszkańców miasta Gorlic.

Innym znów razem – przywieziono do więzienia greko-katolickiego księdza nazwiskiem Sandowicz z Grabu z powiatu gorlickiego. Podejrzany był o szpiegostwo na rzecz Rosji.

W tym samym czasie wszystkie cele więzienne zapchane były uwięzionymi rusinami z całego powiatu.

Sąd wojskowy polowy – urzędował w gmachu c.k. Sądu Powiatowego. Zawezwanemu przed Sąd powiedziano, że zdradzał Austrję wojskom rosyjskim i przedstawiono mu dowód „Chorągiew rosyjską” jaką znaleziono w cerkwi podczas rewizji.

Ksiądz spokojnym głosem oświadczył im, żechorągiew ma przygotowaną na wypadek ewentualnego wkroczenia Rosjan do wsi, aby uchronić wieś i chłopów od zagłady. To wystarczyło za wyrok- śmierć przez rozstrzelanie.

Wyrok jakimś sposobem rozszedł się po całym więzieniu. Trwoga padła na wszystkich aresztowanych. Przygotowani byli na dalsze wyroki – na zgładzenie jednego po drugim.

Niespełna dwie godziny po wyroku, siadziałem w pokoju urzędowym, którego okna wychodziły na podwórze i cele więzienne. Siedząc tak, przy otwartym oknie, natychmiast zauważyłem niezwykły ruch we wszystkich celach. Wszystkie okna szczelnie wypełnione były aresztowanymi. Chórem śpiewali po rusku - pieśni żałobne - religijne.

Nagle, nastała grobowa cisza. Otwierają się drzwi sienne do podwórza i wychodzi oficer tyrolczyk – za nim dwóch żólnierzy za nimi ksiądz ………………… a następnie znów pięciu żołnierzy z karabinami na ramionach. Wśród grobowej ciszy, przeszli pod okna więzienne. Stanęli tuż pod oknem mojego pokoju.

Księdzu zawiązali oczy chusteczką – ręce skrępowali sznurem na plecach i postawili pod murem. Na rozkaz oficera pięciu żołnierzy- stanęło przed skazańcem.

Na widok ten, krew mrożąca w żyłach, postał w oknach cel więziennych niesłychany krzyk i płacz, na który oficer szalbą groził i zawołał po niemiecku „Cicho psy- i tak wszyscy zginiecie”.

Po tych słowach wydał rozkaz – głosem doniosłym. Żołnierze odbezpieczyli zamki, przyłożyli karabiny do oka. Wówczas na znak dany przezoficera - spuszczeniem szabli w dół - padło pięć strzałów. Prawie że równocześnie skazaniec głosem donośnym krzyknął: „Niech żyje prawosła…”- resztę słów zagłuszyła salwa i jęk aresztowanych.

Chwilę stał nieszczęśliwy ksiądz pod murem, aby następnie upaść na twarz na bruk podwórza. Ponieważ na ziemi rzucał się jeszcze widocznie źle trafiony, przystapił oficer z rewolwerem w ręku, z którego dał ostatni strzał w głowę nieszczęśliwca. Momentalnie prawie zastrzelony uspokoił się i wyprostował. Aresztowani wówczas przestali płakać, głośno poczęli modlić się

i śpiewać ruską pieśń żołobną. Następnie zwłoki położyli na nosze i zanieśli do piwnicy sądowej, gdzie przeleżały przez cały dzień do późnej nocy. W nocy znów wywieziono zwłoki jego i zagrzebano niewiadomo gdzie.

Narzeczona moja - a dzisiejsza żona, pragnęła zobaczyć nieszczęśliwego kapłana. Poprosiłem klucznika Sądu p. Nożyńskiego o pokazanie. Wpuscił nas naprzód a sam powrócił do mieszkania po świeczkę. Narzeczona moja oparła się w piwnicy o jakąś materję, którą rękoma dotykała się. Gdy powrócił ze światłem, p. Nożyński okazało się, że bezwiednie dotykała się sutanny rozstrzelanego księdza, który w tym właśnie miejscu leżał. Wrażenie tego było tak wielkie, że natychmiast opuściliśmy piwnicę, żeby być jak najdalej od tego miejsca strasznego.

            W ten sam dzień popołudniu, tylną bramą więzienną wyprowadzono wszystkich aresztowanych, których pod silnym konwojem odprowadzono na pobliską stację kolejową, na której przygotowane były wagony kolejowe.

Do wagonów wpakowano wszystkich, ustawiając przed wagonami straż po obydwóch stronach.

Równocześnie oficer konwojujący aresztowanych głośno zapowiedział, aby nikt nie ważył się uciekać, gdyż na miejscu zostanie zabity. Aresztowani popadli w wielkie przygnębienie. W takim to nastroju, ruszył pociąg ku Zagórzanom. Co się stało z wywiezionymi nie wiem. Czy powrócili wszyscy do swoich rodzin – stwierdzić nie zdołałem – tylko to dowiedziałem się, że kilkunastu śmielszych zdołało straż oszukać i uciec z wagonów.

Innym znów razem – na środku rynku, podczas targu aresztowano jakiegoś chłopa za to, że kawałek chleba podał jeńcom rosyjskim, których pedzono przez miasto, którzy wołali na widok publiczności zgrupowanej wzdłuż ulic:„Dajte kusać”. Biedaka uderzono kolbą kilkakrotnie w piersi tak mocno, że tenże upadł mocno jęcząc. W oczach nieszczęśliwego pokazały się łzy. Nie pomogły prośby ani błagania – że litością pobudzony chciał podzielić się kawałkiem własnego chleba z głodnym, zabrano biedaka, skuto mu ręce jak jakiemu bandycie i zabrano ze sobą.

Na takie barbarzyńskie postepowanie austriackichwojsk zebrana ludność poczęła hałasować i wykrzykiwać pod ich adresem. Jak z pod ziemi zjawili się momentalnie zołnierze i poczęli tłum kolbami rozpuszczać. Za chwilę rynek i ulice były oczyszczone.

Mieszkańcy byli bezradni – litowali się, jednak z obawy aresztowania – nie zbliżali się już do często przechodzących jeńców rosyjskich jakich dziennie setkami przepędzano przez ulice miasta w stronę Nowego Sącza.

Biedacy szli – ledwo nogami włócząc i nikt im nie dawał żywności – a wygłodniali tępo tylko patrzyli na mieszkańców żałosnymi oczami żebrząc litości i pomocy.

W czasie tym, bawiąc urzędowo w Nowym Sączu przez jeden dzień, byłem świadkiem następującej sceny:

Ulicą Długosza pędzono kobiety i mężczyzn w stronę dworca kolejowego. Jak mnie poinformowano, pędzono tych wszystkich, których złapano podczas obławy na ulicach miasta bez legitymacji. Nieszczęśliwi płakali - lecz szli- pod konwojem żołnierzy austriackich w nieznaną dal.

Litośc brała – patrząc na nieszczęśliwych. Niedaleko mnie jakiś Pan dostatnio ubrany zauważył w szeregach własną żonę. Przerażony przebija się przez tłum żołnierzy i wpada pomiędzy nieszczęśliwych i woła „żona moja!”.

Nie pomogły prośby i błagania, płacz nieszczęsliwego, obitego pokrwawionego wyrzucono z szeregów, a nieszczęśliwą kobietę popędzono dalej.

Będąc w towarzystwie kapitana Tadeusza Górskiego, postanowiliśmy wydostać nieszczęśliwą, co zdołaliśmy uskutecznić dopiero pod samym dworcem kolejowym, tuż przed ładowaniem ofiar do wagonów. Nieszczęśliwi widząc że łądują ich do wagonów w żaden sposób nie chcieli wchodzić do wagonów.

Nie pomogły kolby karabinowe. Rzucali się na ziemię i musiano ich przemocą wsadzać do wagonów. Upadali na ziemię wagonów. Podczas tego - zdołaliśmy wyratować nieszczęśliwą kobietę oraz jakiegoś mężczyznę, których tłum wziął natychmiast pomiędzy siebie.

W innych miejscach zdołano kilkanaście osób uwolnić i ukryć, aż do wyjazdu pociągu. Co z niemi dalej uczyniono, gdzie ich wywieziono – nie zdołano stwierdzić.

Innym razem bawiąc w Nowym Sączu i przechodząc ul. Jagiellońską niedaleko starego cmentarza, zauważyłem tłum ludzi przed podwórzem koszarowym im. cesarza Franciszka Józefa.

Na podwórzu niedaleko muru stał oficer i sześciu żołnierzy. Stali śmiertelnie bladzi. Naprzeciw niech stało trzech oficerów

i pluton żołnierzy w pełnym rynsztunku.

Jeden z oficerów coś czytał. Po odczytaniu – drugi przystąpił do oficera stojącego pod murem i zerwał mu gwiazdki z kołnierza, odpiął szablę, którą złamał na połowę oraz zdjął czapkę – rzucając wszystko na ziemię. Po tej degradacji, przyskoczyli żołnierze i związali mu ręce na plecach. Po ich odejściu, polecono im uklęknąć, a naprzeciw skazańców stanęło

8 żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału. Złowrogo wyglądały kontury sylwetek nieszczęśliwych żołnierzy – jak się potem dowiedziałem samych Polaków. Rozkaz - szczęknęły karabiny, głośna komenda rozdarła powietrze – zagrzmiało osiem strzałów. Równocześnie nieszczęśliwi upadli i wyzionęli ducha.

Straszny ten mord na oczach publiczności, dzieci i wojska – to czyn nie ludzi, to czyn haniebny i podły austrjackiej dziczy.

W ten sam dzień, prowadzono ulicą Jagiellońską do rynku jakiegoś młodzieńca. Szedł biedak w towarzystwie księdza, w otoczeniu żołnierzy wszystkich broni, jakie były stacjonowały w mieście. Wydano na niego wyrok śmierci przez powieszenie. Szedł nieszczęśliwy, patrząc nic nie widzącymi oczyma po ludziach i domach. Stracił widocznie świadomośc tego, co dzieje się wokół niego…

Gdy doszli do rynku, tuż przed ratusz, gdzie była umieszczona szubienica, wojsko ustawiło się w czworobok. Skazańca postawiono w środku, obok zajął miejsce ksiądz. Ze szeregu wystapił oficer i donośnym głosem odczytał wyrok sądu polowego wojskowego, mocą którego za szpiegostwo został skazany na śmierć przez powieszenie.

Po odczytaniu wyroku, głośno zacząły huczeć bębny, których głos ucichł dopiero po wykonaniu wyroku. Skazańcowi związano ręce w tyle na plecach i poprowadzono pod szubienicę. Biedak nie bronił się nawet, jednego nie wyrzekł słowa, spuścił głowę, ucałował krzyż podany przez księdza i cicho wyszeptał „Budtie zdrowy”. Żołnierz przerzucił przez szyję sznur zwisający i silnie pociągnął go do góry. Nieszczęśliwy zawisł od ziemi jakie 1 ½ metra. Blada twarz nagle zczerwieniała, by następnie nabrać koloru kredy. Oczy krwią zalane wyszły z orbit. Kilkakrotnie silnie ciało zadrgało- następnie wyprostował się – zesztywniało.

Z ust na zewnątrz wyszedł język – a twarz nabrała wyrazu drwiącego.

Padła nagle wsród największej ciszy komenda „Zum Gebet” zagrzmiał jeszcze raz głośny warkot bębnów – nastała trzy minutowa cisza.

Po wykonaniu wyroku- wojsko odeszło- pozostał nieszczęśliwy na szubienicy i ludność w skupieniu stojąca obok szubienicy.

Nikt z obecnych nie powarzył się słowa z ust wypuścić, gdyż wiedział, że natychmiast aresztowany będzie jako „Moskalofil”.

 

 

Relacja pochodzi ze zbiorów śp. Pani Marii Boczoń, której Jan Benisz był ojcem.

Relacja została udostępniona przez Rodzinę Państwa Boczoniów.

Copyright Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915”