sh@gorlice1915.com.pl

tel. 505 959 828

Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915” K.K. 32 LIR

Wspomnienia S. Kosiby

 

 

 

 „Wspomnienia wypadków wojennych. Gorlice – Stróżówka

od września 1914 r. do 22 marca 1915 r.”

spisane przez Stanisława Kosibę.

 

                 Na życzenie c. k. Rejonowej Komendy w Gorlicach i Stróżówce opis i streszczenie tychże, zastrzegając się przed odpowiedzialnością cenzury, ponieważ zapewniono mnie, że krytyka i opis tenże jest skierowany dla historii, która ma służyć w przyszłości jako podstawa dla uniknięcia złego. Również proszę mi błędy piśmie uwzględnić, ponieważ zaledwie skończyłem szkołę ludową czteroklasową.

   W czasie wypowiedzenia wojny prowadziłem warsztat krawiecki w Gorlicach, tuż obok cmentarza, w domu własnym. Jestem żonaty, ojcem pięciorga dzieci.

   Gdy powszechna mobilizacja była ogłoszona, poniekąd byłem rad z tego (…). Byłem zadowolony i ciekawy, oczekując lepszej przyszłości po wojnie, bo byłem zdania, że wojna musi przynieść gruntowne zmiany w życiu każdego człowieka.

Po ukończeniu mobilizacji ludzie przeważnie tylko przebiegiem wojny byli zajęci, a przeważnie wszyscy byli zdania, że wojna za parę miesięcy się skończy i Moskal będzie pobity (…).

Zaczęły przejeżdżać pociągi przez Zagórzany z rannymi (…).

   Jakoś w połowie września zaczęły przejeżdżać automobile, setkami dziennie, najpierw osobowe, później ciężarowe, po czym nikt nie wątpił, że urządzono odwrót. Widząc, co się dzieje, a prowadząc również gospodarstwo ciotki w Stróżówce: 24 morgi, prócz tego własne 6 morg, zabrałem niezbędne rzeczy z Gorlic i przeprowadziłem się na Stróżówkę, zaledwie 1 km oddaloną od miasta (…).

     [15listopada 1914 r.]

    Około godziny dziewiątej widziałem pierwszego kozaka w życiu, jak oficjalnie wjeżdżał do miasta, jak ostrożnie się zachowywał: to niczym lis, który z głodu potrzebuje wejść do sieni chłopskiej zagrody po kurę. Kilkanaście kroków za nim jechał drugi i trzeci. W Rynku zatrzymali się, jeden z nich wrócił się, zapewne z raportem, bo wnet coraz więcej kozaków przyjeżdżało. Po wszystkich kierunkach się rozjeżdżali, tak że o jedenastej było ich wszędzie pełno. Zaczęli kupować, a nawet płacić po wszystkich sklepach, a nawet zabierali towar nie płacąc, lecz na ogół sprawowali się dość znośnie.

 

 

ul. Stróżowska w Gorlicach

 

 

 

Idę na Stróżówkę, aby w dom powiedzieć, co się w mieście dzieje, a tu po wszystkich polach kozacy przejeżdżają, nigdzie nie wstępując do domów.

Wygląd kozaka w czapie futrzanej, na małym koniku, z lancą, jest bardzo odstraszający (…).

Taki przejazd trwał dwa dni, z tą tylko różnicą,  że im więcej najeźdźcy czuli się u nas bezpieczniej, tym więcej rabunki się wzmagały. Najpierw zaczęto od propinacji, wreszcie rabowano prowianturę, a największą pogoń urządzano za kurami (…).

W mieście było tego wojska bardzo dużo, kwaterowali w każdym domu, zaś na wsi, przeważnie w przy gościńcu (…), zaś całymi dniami włóczyły się te bandy po wsiach sąsiednich za sianem, owsem, chlebem, masłem itp., tak że jedni jeszcze nie wyszli, a drudzy już przychodzili. Wojsko to, a przeważnie piechota, to paka dziadów, co mu dać - wszystko za mało, bo to naród wielce żarłoczny (…).

Wojsko to nie widziałem, ażeby czwórkami maszerowali, idą bez ładu, tak jak ludzie na odpust, albo barany na pastwisko. Posłuszeństwo dla przełożonych mają wielkie, do bitwy idą dość odważnie, lecz tam, gdzie potrzeba się orientować, zwykły żołnierz nic nie wart, słowem brak im samodzielności orientacyjnej, dlatego też popłoch w szeregach u nich jest zgubą (…).

      [8 grudnia 1914 r.]

    Moskalom było ciepło pod nogami, natomiast na zewnątrz nic nie okazywali po sobie dać poznać. Charakterystycznym u Moskali jest to, że niepowodzenia swoje żaden żołnierz nie zdradził. Miałem sposobność z wielu Moskalami dysputy prowadzić, czuć było przesyt w prowadzeniu wojny, oczekiwali upragnionego pokoju, ale zwycięskiego. Żołnierz rosyjski w niewoli będący wierzy w swojego wojska potęgę, tak ślepo i fanatycznie przywiązani są do osoby cara.

    Dnia 28 grudnia o godzinie siódmej rano zaczęła się bitwa pierwsza w Stróżówce. Lecz gdy karabiny maszynowe zaczęły grzechotać z obydwóch stron, uznałem za stosowne przeprowadzić się z rodziną do piwnicy pod spichlerz murowany na podwórzu. U nas było bardzo niepraktycznie, ponieważ mieliśmy dom drewniany, pod którym nie było piwnicy (…). Bitwa rozszalała w całej pełni, z okna spichlerza obserwowaliśmy pękanie szrapneli w powietrzu lub eksplozje granatów. Tak trwało do godziny trzeciej po południu. Moskale nie mogli się posunąć naprzód, zaledwie doszły chwilowo patrole przednie na chwilę do naszego domu, lecz to wystarczyło, aby nas dokładnie zrabować.

    Gdy bitwa ustała, wracamy do domu, a tu drzwi porozbijane, szafy, kufry, wszystko rozbite, rzeczy; garderoba porozrzucane. Co mi się przydać mogło, zabrali. W dniu tym poniosłem szkody na około koron 800, a największą krzywdę wyrządzili mi tym, że mi zabrali całą prowiantuję: w czym całą świnię, mąkę, cukier, tytoń, zapałki itp., lecz pocieszałem się tym, że po naszej stronie ich nie było. Dzień ten był ustaleniem linii bojowej, która się ustaliła w ten sposób, że Gorlice były zajęte przez Moskali, zaś w Stróżówce gościniec był neutralną granicą.

    Po naszej stronie nie było Moskali, lecz dom nasz był zaledwie o jakie 80 metrów oddalony od gościńca, którego panami byli Moskale, ponieważ prawie wszystkie domy na prawym brzegu gościńca, tj., idąc z Gorlic, były obsadzone patrolami rosyjskimi. Pozycja taka nie była zbyt przyjemną, tym mniej bezpieczną.

    Parę dni z rzędu były bitwy, tj. strzelano z karabinów z rowów strzeleckich oraz z armat austriackich, które były obsadzone na licznych wzgórzach w kierunku południowym i południowo-zachodnim. Armia austriacka miała nadzwyczaj dobre pozycje, bo wszystkie góry, przeważnie lesiste, a panujące nad pozycjami rosyjskimi. Pomimo, że nasz dom był na środku linii bojowej, żadnego żołnierza przez cały styczeń 1915 nie widziałem i przypuszczałem, że bitwa jest prowadzona wyłącznie armatami, zaś Moskali, gdy tylko widno zaczęło się robić z rana, była ogromna moc, tak że rowy strzeleckie były tak przepełnione, że przez całe obekunki tylko szereg czapek rosyjskich było widać.

    Prawie przez całą zimę była bitwa, z bardzo małymi przerwami, pogoda; horyzont był czysty i widoczny, śniegu też nie bardzo dużo było. Moskale również obsadzili wszystkie domki u stóp góry. Za budynkami w sieniach, wszędzie były porobione obekunki, dlatego też, gdy wojska nasze to zauważyły, rozpoczęto bombardowanie całego wzgórza, rowów strzeleckich i budynków mieszkalnych.

   Zrazu obawialiśmy się granatów, które setkami codziennie ponad domem naszym ze szumem przelatywały, lecz gdyśmy się przekonali, że nie do naszego domu strzelano, oswoiliśmy się z tymi zmiennymi warunkami bytu i zaczęły nas granaty bawić eksplozją i skutkami. Gdy tylko rozpoczęto bombardowanie, zaraz wszyscy przechodziliśmy do pokoju frontowego, gdzie okna wychodziły na wzgórze, z których każdą eksplozję dokładnie, czasem nawet w odległości 150 metrów, widać było, tym bardziej że szum, który przelatywał nad naszym domem, pozwolił nam się orientować, gdzie takowy uderzy. Eksplozje były straszne, tym bardziej, że prąd powietrza odbijał do góry. Najpierw, gdy granat w przedmiot uderzył, wlatywał w powietrze wraz z ziemią kłąb dymu czarnego w kształcie gruszki, a do pięciu metrów wysoki, za jaką sekundę następował huk eksplozji – był tak wielki, że szyby w oknach u nas wylatywały: za pierwszym hukiem szyba pękła, zaś za drugim wypadła. Takie bombardowanie trwało około godziny, dwa lub trzy razy dziennie. Gdy dnie były mgliste, był prawie zawsze spokój. Widzieliśmy różne wypadki: pewnego razu pocisk granatu uderzył w połowę domu Wojciecha Grybosia, w sekundzie połowę domu w gruz się rozleciało; w tym czasie byli obydwaj gospodarze staruszkowie w domu; on siedemdziesięciopięcioletni, którego prąd powietrza ze sieni na pole wyrzucił, zaś gospodyni około siedemdziesięcioletnią gruzy przysypały, obojgom nie się nie stało (…). Gdy granat trafił w obekunki, widać było ziemię, belki i ludzi, jak kawałkami w powietrze wylatywały. Czasem następowały pożary. Razu pewnego trafiono w dom, w którym był skład amunicji rosyjskiej, a który się zapalił – prawie około trzech godzin patrony z magazynu strzelały. Najwięcej bombardowano pozycję cmentarza izraelickiego. Położenie tegoż jest stromą górą z licznymi kamiennymi nagrobkami, za którymi kryli się Moskale. Pozycję te zbito okropnie granatami (…).

    W Gorlicach było bardzo źle z ludnością cywilną. Miasto przed wojną liczyło z górą osiem tysięcy ludności. Po potrąceniu tych, których mobilizacja zabrała i tych, którzy wyjechali przed najazdem, pozostało około trzy tysiące ludności. Byli prawie wszyscy biedni, bo i ci, którzy mieli majątek lub zaprowiantowanie, to z bardzo małymi wyjątkami podli wszyscy ofiarą rabunku żołnierzy rosyjskich. Jak ci umieją rabować, to obecnie powszechnie jest znane, lecz Gorlice bardzo starannie zrabowali, tym bardziej, że nic i nikt nie stał im na przeszkodzie; wpadło żołdactwo jak szarańcza zgłodniała i prawie w pierwszych dwóch dniach nie było już nic do jedzenia. Dzieci małe musiano odżywiać oskrobinami z ziemniaków lub burakami pastewnymi, bo nawet i ziemniaków już nie był. Ludność cała ukrywała się w piwnicach, nawet po wodę obawiano się wyjść na ulicę, ażeby życia od kuli nie utracić (…).

Nareszcie głód wygnał ludzi szukać żywności za miastem i do nas na Stróżówce przychodzili. W tym czasie mieliśmy 4 krowy i sprzedawaliśmy dziennie 20 litrów mleka i trochę pokarmów, zboża ziemniaków, grochu, bobu, a gdy i tego brakowało, kupowali i owies na placki; lecz niestety, pomimo że najwięcej ½  litry mleka sprzedawało się na rodzinę i tak wielu ludzi bez niczego wracali, bo coraz więcej ludności napływało. Co za straszną drogę przechodzili ci ludzie, to prawie nie do uwierzenia, bo zważywszy, że dom nasz był oddalony o 1 kilometr od miasta, a gościniec przechodził wzdłuż i pomiędzy rowy strzeleckie, można sobie wyobrazić, na jakie niebezpieczeństwo i ludzie ci odważyć się musieli, aby dla dzieci swoich zdobyć chociaż pół lity mleka. Prócz tego często uważano ich za szpiegów, zabierano do rowów strzeleckich, a dopiero wieczorem, przy zmiennie wart, odprowadzano do komendy rosyjskiej (…).

Lecz wspólne to nieszczęście ludzi więcej zbliżało przyjaźnią do siebie i jeden drugiemu był bliższy i prawdziwie się radował, że go żywym widzi. Bo i nic dziwnego, bo w tym czasie już wielu ludzi w Gorlicach śmierć poniosło. Za czasów pierwszej inwazji było w jednym dniu siedem pogrzebów ludzi starszych, którzy od strachu przed rabunkami umarli, zaś w czasie bitwy nawet jeden o drugim nie wiedział, kiedy i gdzie umarł lub został zabity. W tym czasie żydowskich cmentarzy było trzy; w trzech stronach miasta, chowano takowych na podwórkach domowych, zaś katolików wynoszono na cmentarz, lecz nie grzebano, bo było to niemożliwością, tylko układano trumny z nieboszczykami koło bramy, zaś po wsiach chowano ludzi, gdzie który padł, względnie około domów. W tym czasie, o ile mi wiadomo, wypadków normalnych śmierci nie było, względnie bardzo mało, ludzie nie mieli czasu chorować, tym bardziej nie było lekarza, wobec tego nikt nie myślał o słabości, każdy miał dobry apetyt, o ile było co jeść.

    W mieście w czasie bitwy było dużo austriackich szpiegów. Nawet gorliczany, którzy służyli w wojsku, po cywilnemu przebrani przychodzili do miasta lub chodzili po wsiach i byli najswobodniejsi, i chodzili wszędzie bez obawy po okopach lub też gdzie Moskale mieli armaty obsadzone.

Najniekorzystniejsze dla Moskali było to, że z Gorlic na Stróżówkę i z powrotem prawie do połowy lutego, pomimo postów stojących, było przejście wolne. To był wielki błąd rosyjski, toteż Moskalom coraz gorzej się powodziło. Gdy w nocy jakie nowe pozycje urządzili, z rana artyleria austriacka wszystko zniszczyła. Podejrzewali w tym zdradę ludności cywilnej, urządzali nocne rewizje po piwnicach. Na przykład ktoś ze światłem wyszedł, lub w dzień dymnikiem wyglądał; całe rodziny aresztowano i wywożono, kilku nawet rozstrzelano. Razu pewnego, gdy wysłali Moskale na pozycje do Męciny piętnaście tysięcy wojska, to przy zmianie czterystu osiemdziesięciu było, resztę wszystko na linii padło. Toteż oficerowie mówili, że te Karpaty to ich grób.

     Do miasta w marcu kilka razy wojska nasze się wdarły i toczono walki na ulicach i ogrodach, lecz przed większą siłą ustąpić musieli, tym bardziej, że miasto Gorlice leżało w takiej pozycji, że zajęcie tegoż mogło nastąpić dopiero wtenczas, gdyby góry panujące nad miastem zajęte byłyby przez nasze wojska. Wojska rosyjskie były też zniechęcone już prowadzeniem wojny i jej ciężkimi warunkami. Zdarzyło się, że razu pewnego uciekły z pozycji najsilniej obsadzonej za cmentarzem gorlickim, lecz mieli bardzo gorliwych komendantów, z których jeden, nawet kapitan czy pułkownik, miał nogi kompletnie odmrożone; codziennie kazywał się nosić w fotelu do rowów strzeleckich i całymi dniami wysiadywał w takowych, pilnując żołnierzy i dla przykładu, dopiero na noc do mieszkania powracał. Ten sam grób znalazł w Gorlicach (…).

    Nastał dzień 9 marca 1915. Od rana, trzeciej godziny, bez przerwy armaty naszych wojsk grzmiały, wreszcie karabiny ręczne i maszynowe bez przerwy z obu stron bardzo gęsto strzelały; wtenczas nie było już słychać świstu kul, lecz zdawało się, jakoby ktoś wodę w powietrzu przelewał i wydawało się, że nie ma w powietrzu kwadratowego decymetra, ażeby kula przez niego nie przeszyła. Wyglądaliśmy przez uchylone drzwi od piwnicy, co się na polu dzieje, a tu nasi całą przestrzenią idą naprzód. Cieszyliśmy się, że nastąpi nasze oswobodzenie, lecz niestety z drugiej strony oczom naszym straszny widok się przedstawił, jak te biedne żołnierze czołgali się po ziemi lub szybkimi skokami starali się dopaść do jakiegoś domu lub za jaki krzak albo drzewo się schronić. Jedni okopywali się ziemią i zastawiali tornistrami, drudzy przed naszymi oczami padali. Widziałem jak jeden feldfebel od pionierów padł ugodzony kulą w pierś. Wielu było rannych, którzy rękami dawali znaki życia, lecz wkrótce od następnych kul zostali zabici, bo Moskale bez przerwy ogniem karabinowym ich prażyli i tak zostało pole nasze pokryte trupami w płachtach białych, na śniegu, gdzie który i jak padł, tak został. Pomimo wszystko dużo wojsk ku domom naszym nadciągało. Widziałem, jak kapitan u nas na podwórzu leżał okopany w nawozie i pozycje rosyjskie obserwował. Wiele wojska nadciągało z boku, korytem rzeki i już byli bardzo blisko przy pozycji rosyjskiej, nawet pojedyncze żołnierze padali pod dekunkami rosyjskimi (…).

Wreszcie w tym czasie wpadło do naszej pozycji 4 lub 5 żołnierzy, poukładali się spać; gdym im zwrócił uwagę, że drudzy padają pod dekunkami rosyjskimi, a oni śpią, odpowiedzieli mi, że czekają na rozkaz, co dalej robić. Rozkaz ten nie mógł do piwnicy przyjść; po jedno nikt nie wiedział, że oni w piwnicy śpią, po wtóre rozkaz z przodu do tyłów nie chodzi. Wreszcie i to było złe, że w stosunku do bardzo ciężkiej pozycji rosyjskich za małe siły były wysłane… Wreszcie nadszedł rozkaz cofnięcia się.  

    W parę dni później ponowiono szturm. Od wieczora widziałem, jak wojsko w regularnych liniach z dużymi odstępami równoległymi, tak, że jeden żołnierz od drugiego był o jakie cztery metry oddalony, szli cichaczem naprzód. Moskale ich jeszcze nie spostrzegli, lecz jak później z rana dowiedziałem się, szturm ten również się nie udał. W tym czasie jednemu oberleitnantowi obie nogi pod kolanem kula przeszyła.

    Za parę dni był trzeci szturm, lecz i ten się nie udał. Nastało znów kilka dni beznadziejnych. Straciliśmy już nadzieję, czy w ogóle Moskali można będzie ruszyć z miejsca. Głucho było wokoło i chłodno, i głodno. W dodatku te trupy po polach leżące w różnych pozycjach; jeden oparty na tornistrze wyglądał jakby siedział, znowu inni ukryci za drzewem lub krzakiem; zdawałoby się, że tam się przyczaili, ale z dnia na dzień pozycje nic nie zmieniali, bo wszyscy byli nieżywi. Ten widok jeszcze więcej przygnębienie na nas wywierał, tak iż myśmy byli również trupami żywymi. I tak coraz gorzej i gorzej nam się powodziło, znikło nam już zupełnie czucie, najstraszniejszy widok był nam obojętny, obojętne nam było jutro, bo nikt nie wiedział, co się z nim dziś jeszcze stać może i nic dziwnego, bo z żołnierza naszego pozostawał tylko widok trupów, pogorzelisk i ziemia zryta granatami, która się bardzo odznaczała, bo każdy granat zostawiał na białym śniegu czarną plamę.

    Na drugi dzień, było to 19 marca 1915, żona chleb rozczyniała, aby go po południu upiec, przed południem znowu w dzieżce z rozczynem kula utonęła, zaś z powodu braku drożdży i zimna w pokoju ciasto nie chciało wyróść. Około wieczora chleb zamieszano i w piecu napalono, jakie było ciasto, takie się miało wsadzić do pieca, bo nie było innej rady, a potrzeba było chociaż coś na podobieństwo chleba upiec. Ciotka z dziećmi już poszła do piwnicy na spoczynek, żona i dwie inne kobiety pozostały, bo każda miała coś do upieczenia. Ja zaś czekałem na placek, mający się prowizorycznie upiec, żeby było czym głód zaspokoić.

    Była to już godzina ósma wieczór, gdy odezwały się cztery strzały pojedyncze, karabinowe, w ślad za nimi otworzono Schnellfeuer. Moskale posunęły się już prawie tuż pod nasz dom z jednej strony, zaś austriacy z obekunków bili z przeciwnej. Wtenczas nastał straszne czasy dla nas. Szczęściem całym, że od pozycji rosyjskiej mieliśmy piec, za którym na podłodze leżeliśmy, zaś kule austriackie szły wyżej połowy ściany mieszkania, lecz i tak kula przeszła z boku i futro na mnie leżącym na podłodze przebiła. W takim piekle przeżyliśmy bagatela 9 godzin, tj. od ósmej wieczór do piątej rano. Moskale w tym czasie trzy razy szli do szturmu i zawsze byli odparci. Myśmy zawsze byli w środku, nie było prawie minuty, ażeby kula do mieszkania nie wpadła, a jaki przeraźliwy pisk kula w mieszkaniu wydaje, to aż włosy na głowie powstają. Z rana, gdy się już rozwidniać zaczęło i spokój nastał, całe mieszkanie opłakany widok przedstawiało: okna połupane, z szyb tylko kawałki były porozrzucane, wszystkie meble od kul rozbite, nawet powała i podłoga były od kul porysowane.

    Wreszcie nastał dzień 22 marca, do dnia Moskale ostatnie dwa domy po swojej stronie spalili, co nam bardzo miło było, bo przypuszczaliśmy, że paląc te domy, w których ich patrole naprzód wysunięte stale, przez cały czas zajmowały, po tym przypuszczać należało, że zapewne noszą się w zamiarze odwód urządzić, co nam bardzo miłą perspektywę przedstawiło, lecz niestety, około godziny dziewiątej rano doniesiono nam, że przyszedł rozkaz c.k .Komendy austriackiej, że wszyscy mamy pod rygorem przymusowej ewakuacji linię bojową opuścić. Z początku przypuszczałem, że jest to bajką, wreszcie, gdy sąsiedzi już naprawdę myśleli o ewakuacji, chciałem się faktycznie przekonać i w tym celu udałem się do patroli austriackich pierwszych rowów strzeleckich. Bardzo to na mnie przykre wrażenie wywarło, gdy przechodząc drogą widziałem trupy żołnierzy austriackich, tuż koło drogi leżących z górą już przeszło dwa tygodnie, przeważnie po rowach koło gościńca. Zauważyłem jednego wachmistrza, który w pozycji skurczonej, twarzą do ziemi, trzymał jeszcze karabin w ręce, z tornistrem na plecach, cały błotem owalany. Tych ludzi nie mogli nasi pogrzebać, ponieważ było to tuż pod okiem Moskali. Droga cała była jednym pobojowiskiem, wszędzie były porozrzucane w nieładzie karabiny, bagnety, a nawet zauważyłem jeden granat ręczny, mosiężny, bardzo piękny wygląd miał, lecz nie wiedząc co to takowego, nie ruszyłem. Kocy w dobrym gatunku mnóstwo było porozrzucanych, nawet jeden tak oficerski, z powrotem zabrałem do domu. Doszedłem wreszcie do pierwszych pozycji, był tam Führer jako komendant. Gdym mu oznajmił, co mnie sprowadza, powiedział mi, że o ewakuacji słyszał, lecz kazał mi się udać do linii drugiej, gdzie byli już oficerowie. Ci mi oznajmili, że jest rozkaz, że musimy linię opuścić, na 2-3 dni udając się do Bystry, a gdy Moskale się cofną, my się zpowrotem do domów naszych wrócimy. Polecono nam wszystko w domu pozostawić, tylko samo bydło zabrać i powiedziano, że „werden Sie ganze Verflegung bekommen”.

 

 

 

W pierwszej chwili było mi to bardzo nie na rękę, ażeby po dwunastu tygodniach bytności na linii bojowej potrzeba było wreszcie na łaskę losu cały majątek pozostawić (…), lecz gdym wszystko rozważył, byłem prawie z tego zadowolonym, że przynajmniej nie będziemy się kulek karabinowych obawiać, które zaczęły się nam uprzykrzać. Wróciłem z tej wyprawy szczęśliwie do domu i zaczęliśmy się do drogi rychtować, w tym czasie słyszeliśmy z przeciwnej strony trzy razy w jednogodzinnych odstępach „hurra”, zapewne z drugiej strony miasta był szturm, tylko nie wiadomo było, które wojska atakowały. Na obiad ugotowali w domu kawy, przez ten czas co mogłem, pochowałem jeszcze do piwnicy, dzieci żona w świeżą bieliznę poubierała, dla mnie zabrano bieliznę do tłumoka z pościelą. Zebrało się razem dwa tłumoki, tj. 3 poduszki, 2 pierzyny, 2 bochenki chleba, garnczek masła , około sześciu kur, do worka kilkanaście sztuk jaj, wreszcie 4 krowy, 1 jałówkę, 1 kozę i 1 konia, pięcioro drobnych dzieci, ja z żona i ciotka stara, 68 lat licząca, która przelękniona od tych rabunków i strzałów nie mogła prawie na nogach się utrzymać - i tak z Bogiem z pracy i majątku swego. Licząc na to, że tylko 2-3 dni będziemy musieli w sąsiedniej gminie przesiedzieć, wobec tego najlepszą bieliznę i garderobę, wszystkośmy w piwnicy pozostawili. Tym bardziej, że nikt z cywilów nie pozostał, wobec tego nie mógł nikt nic ukraść.

    Gdy Moskale naszą ogólną ewakuacje zauważyli, zaczęli gęstą strzelaninę z armat, która jeszcze większy popłoch pomiędzy nami urządziła i na odchodnym jeszcze jeden dom się spalił od granatu.

     Po drodze różne widoki naszym oczom się przedstawiały. Widzieliśmy jak jedna staruszka, która już iść nie mogła, to leżała prawie na ziemi, trzymając w jednej ręce kurę, która chciała się jej wyrwać, zaś w drugiej ręce poduszkę; to był jej cały majątek i z tym się ewakuowała. Prosiła ludzi, aby jej dopomóc, lecz każdy był obładowany, a każdy spieszył się bardzo, aby jak najprędzej przejść przez obydwie linie obekunków (…).

Z wielkim mozołem dowlekliśmy się do granicy Stróżówki, gdzie były w ukryciu pod lasem ustawione kuchnie polowe i oddział sanitetów. W tym miejscu był nasz pierwszy odpoczynek (…).

 

 

 

Wspomnienia pochodzą ze zbiorów rodzinnych Dominika Nowaka, członka naszego Stowarzyszenia, którego Stanisław Kosiba był pradziadkiem.

 

 

 

 

Copyright Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915”