sh@gorlice1915.com.pl

tel. 505 959 828

Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915” K.K. 32 LIR

Wspomnienia Tomasza Zuzaka

 

 

Wspomnienia – listy

Fragmenty wspomnień /listy/ z lat 1914-1918 Tomasza  Zuzaka

Nauczyciela z Gorlic

1920-1925 Kierownika Szkoły Powszechnej  w Rozembarku[1]

1925 – 1949 Kierownika Szkoły Powszechnej siedmioklasowej w  Zagórzanach

Przepisała z oryginałów córka Janina Zuzak-Kotlińska,  
ofiarowała Szkole Podstawowej 
w Zagórzanach.

Rzeszów, 1989 rok

 

 

Wspomnienia opracowała i przypisami uzupełniła Pani Małgorzata Stępień.

 

Tomasz Zuzak jako żołnierz c.k.  armii austriacko-węgierskiej r. 1915 
/ infant.[2] orkiestra wojskowa/

Ogłoszenie ogólnej mobilizacji[3], chociaż spodziewane, spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Straciłem całkiem fantazję i humor. Czyż mogło być inaczej? Zamiast stanąć za kilka dni na ślubnym kobiercu, trzeba było czemprędzej  przygotowywać się do wyjazdu na wojnę, gdzie „świszczą kule, a lud się wali jak snopy” – zamiast spodziewanych miodowych miesięcy, trzeba było gotować się na długie trudy i niewygody.

         W ogólnym zamieszaniu i nadzwyczajnym ruchu w mieście kręciłem się bezcelowo po ulicach przez cały dzień, biorąc udział w manifestacjach na rzecz wojny. Nie załatwiłem nawet najpilniejszych spraw – nie zabezpieczyłem zupełnie mieszkania ani rzeczy. Wyjechałem z większością rezerwistów zaraz w niedzielę i bez żadnych pożegnań do Nowego Sącza. Po zgłoszeniu się jeszcze tego samego dnia wyjechałem do Sanoka. W Sanoku byłem jeszcze tego samego dnia o północy.

Śmiejesz się zapewne ze mnie i mówisz: „Jak trwoga to do Boga” – Prawda? Gdyby w trwodze ucieczki takiej nie było, byłaby ona stokroć straszniejsza. Trwoga – przywiodła mnie znowu do Boga, co było Twojem staraniem i marzeniem od dawna. Twój medalik ofiarowany mi przed wojną uważam dziś za talizman i wierzę, że tylko Bóg uchronił mię i nadal chronić mię będzie od „wszelkiej złej przygody.”

Ze łzami w oczach czytałem Twoje kartki, w których donosisz mi jak modlisz się za mną i jak moi uczniowie: Staszek i Pietrek proszą Boga codziennie o zdrowie 
i życie „swojego Pana”. Gdy sobie dziś przypomnę te uciążliwe marsze od świtu aż do zmroku, często do późnej nocy – krótkie noclegi na gołej ziemi, nieraz na deszczu, przemokły na deszczu – prawie codziennie z przemoczonymi nogami na bagnistych łąkach, głód, który tygodniami dokuczał (przez cały tydzień żywiłem się tylko pieczonymi ziemniakami lub rosyjskimi sucharami – często zaś były i takie czasy, w których przez trzy dni  z rzędu nie miałem nawet kropli wody w ustach), pragnienie gaszone wodą z rowu po odpędzeniu żab – to Bogu mogę tylko dziękować, że przy tem wszystkiem byłem zawsze zupełnie zdrów, a z bitew wychodziłem cało.

Wspomniałem tu o głodzie, jaki nieraz cierpiałem, dodać jednak muszę, że nigdy jak wtedy nie miałem też takiego apetytu przy jedzeniu. Konsumowałem kolosalne ilości pokarmów, oprócz otrzymywanych więcej lub mniej regularnie menaży[4], i to bez wyboru. Pieczone czy gotowane bez soli ziemniaki w łupinach smakowały lepiej niż pączki, a bochenek czarnego suchego chleba kupiony na wsi nie wystarczał na dzień. Gdy tylko była sposobność urządzaliśmy sobie (kilku na spółkę) uczty Sardanapalowe[5] przy gotowanych kurach czy gęsiach, było to jednak rzadkością. Uczty te odbywały się w krótkich na sen przeznaczonych godzinach. Pieniędzy na zakup czy to kury czy gęsi nikt nie żałował – wydawał choćby ostatni grosz, by tylko apetytowi dogodzić. Nadmienić tu muszę, że często ludzie nieuczciwi wyzyskiwali nas przytem, żądając za chleb czy też za kurkę wprost bajońskie sumy. Spotykało się jednak nieraz najczęściej pośród najuboższej ludności takich, którzy zupełnie bezinteresownie wspomagali nas chlebem lub nabiałem. Możesz sobie wyobrazić z jaką wdzięcznością się to przyjmowało, szczególnie wtedy, gdy za żadną cenę nie było można nic dostać, bo ludność chowała przed nami wszelkie zapasy żywności. Nie dziwię się, dlaczego powiadano nam najczęściej: „Nie ma chleba, nie ma nic, bo Moskale wszystko zabrali.” Dla dwóch, trzech czy więcej głodnych zawsze by się coś znalazło i to zupełnie darmo. Nikt jednak nie piekł od razu chleba dla całej kompanii lub choćby jednego głodnego „cugu”, a tu przecież samemu żyć trzeba i to w niepewności, bo żadna z gospodyń nie wiedziała, kiedy będzie mieć sposobność drugi raz upiec chleb i czy w ogóle piec jeszcze będzie.

Dziś Niemcy, a szczególnie Węgrzy wypominają nam Polakom to, żeśmy byli niegościnni. „Nie ma chleba, nie ma nix – Moskale zrabowali szyćko” – mówią – śmiejąc się z nas. Tłumaczę im to rozmaicie, przedkładając przykłady polskiej gościnności, rozumniejsi przyznają mi rację. Wśród więcej lub mniej jednostajnych marszów, bo nie raz przegradzanych utarczkami z uciekającymi w głąb Moskalami, po piaszczystych polach w stronę Tarnogrodu-Biłgoraja, Franpola, później po błotnistych łąkach Krasnostawu-Turobina, Kraśnika i Janowa[6], gdy ostatkiem sił ciągnąłem za sobą nogi, wyciągając je z piachu lub bagien, w których zapadało się nieraz po kolana – miałem kilka radosnych chwil, a mianowicie wtedy, gdy zupełnie niespodziewanie spotykałem znajomych. Pierwszego spotkałem M. Rakoczego, który będąc komendantem terenu, miał kilka razy sposobność obdarzyć mię konserwą 
i papierosami (specjalność na wojnie największa, bo były czasy, że paliłem fajkę pożyczoną od chłopa z terenu). Gdzieś obok Kraśnika spotkałem Zgórka, obecnie artylerzystę „z municy on skolony” (tak w oryginale M.S.). Poznałem go tylko po głosie, zmizerniał i zarósł, a czarna broda znacznie mu się wydłużyła. I on nie mógł mię poznać w pierwszej chwili, gdym go przywołał, musiałem się przedstawić. Zrozumiesz radość i „strzelanie z dubeltówki”, gdyśmy się sobie zaczęli przyglądać. Czas nie pozwolił nam długo rozmawiać, on pojechał po amunicję do Janowa, ja zaś z terenwozami[7] do Turobina. Było to w czasie, gdy po rozbiciu marschbatallionu szukałem swego pułku. Ucieszyłem się też niezmiernie ze spotkania w Rudniku profesora gimnazjalnego Dulemby. Służy on podobnie jak i ja jako rezerwista zapasowy przy 90 pułku infanterii. Spotkanie z nim miałem takie:  Rozmawiałem z jednym świeżo poznanym nauczycielem, aż tu podchodzi ku nam jakiś żołnierz i pyta: Czy nie Zuzak? Tak – odpowiadam, w pierwszej chwili nie poznając mego prezesa (prezes chóru gorlickiego). Profesorze – wołam po chwili, gdy ten wlepił oczy we mnie – I wy tutaj? –Tak i Pan tutaj i ja tu! Zmienił się do niepoznania. Wyblakły, zarośnięty, pokryty na twarzy i całym ciele czyrakami, zbłocony jak każdy w tym czasie. Skarżył się na bezwzględne traktowanie go przez „zugskomendanta”[8]. Dziwił się, że ja stosunkowo dobrze wyglądam (byłem „świeżo”, tj. przed tygodniem ogolony). Poznałem przy nim kuzyna, dawniejszego naczelnika stacji ze Zagórzan – Szydłowskiego. Ten pogościł nas „dobrym” tytoniem, chlebem i kiełbasą. Uciecha nie lada! Nie  wspominam tu o wielu innych kolegach i znajomych, których spotkałem w podobnych okolicznościach, a niektórych Ty nie znasz. Co się dzieje obecnie z nimi , nie wiem, bo musiałem ich opuścić. Nawet mało znanych lub znanych tylko  z nazwiska witało się bardzo serdecznie, bo każdy mógł się przydać – każdy był w jednakiem położeniu. Każdy poznany nauczyciel był więcej niż bratem. Wspólna niedola bratała nas tu więcej niż pierwej potrzeby zawodowe.

W każdym niemal pułku jest nauczycielstwa znaczna liczba – szczególniej jednak w naszym „Marschbatalionie”  było ich najwięcej, bo dwudziestu kilku, 
a wszyscy rezerwiści zapasowi – jeden tylko oficer , niejaki Wójcik (zginął w Rosji). Wszyscy nauczyciele szczególniej w początkach gromadzili się dość często, czy to w czasie spoczynków podczas dnia, czy to wieczorem w kwaterach i na biwakach. Zgromadzenia te mile były widziane w gronie oficerskim, protegowane nawet przez naszego „Batallionskomendanta”[9] pana majora Zakrzewskiego, a często nawet  przez oficerów osobiście zaszczycane, bo dostarczały rozrywki przez śpiew i wesołe opowiadania. Śpiewakami byli niemal wszyscy nauczyciele, a kilku nawet śpiewaków zawodowych, jak na przykład kolega Jankiewicz, tenor znany całemu Lwowowi z wieczorków na cele dobroczynne urządzanych, lub kolega Klatka, baryton znany w całej okolicy Przemyśla, mieliśmy też specjalistę humorystycznych –żydowskich majufesów[10] i tyrolskich jodlerów niejakiego „komisarza” Majchrowicza. Śpiewaliśmy też bardzo często i całemi godzinami, nawet w polu wśród grzmotów armat, gdyśmy stali w rezerwie śpiew: „Bracia, do bitwy nadszedł czas”[11] rozlegał się dokoła. Nasz major Zakrzewski lubił się popisywać polskimi pieśniami, gromadził nas też do śpiewu przy każdej sposobności, czy to w podróży koleją (śpiewacy mieli osobny wóz), czy też podczas marszów. Śpiew nasz spędzał troski z czoła – dodawał otuchy i odwagi – zagrzewał do mężnej walki z wrogiem. Z pieśnią „Jeszcze Polska nie zginęła”[12] na ustach przekroczyliśmy granicę rosyjską, a całe wsie polskie witały nas jako zbawców i oswobodzicieli z jarzma moskiewskiego. Całe szpalery ludności bijąc oklaski, wynosiły nam wtedy wszystko cośmy tylko zapragnęli – wodę, chleb, nabiał czy owoce. Do najulubieńszych i najczęściej śpiewanych pieśni oprócz wspomnianych należały: „Za Niemen het precz”[13], „Wy do boju pospieszajcie”[14]
„W krwawym polu srebrne ptaszę”[15], „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”[16], „Dręczy lud biedny Moskal okrutny”[17] i inne. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiła na mnie „Modlitwa przed bitwą”[18] kompozycji Orłowskiego śpiewana przy huku armat

i błysku pękających niedaleko szrapneli.[19] Widziałem u wielu łzy w oczach, kiedyśmy śpiewali:

„Ojcze, ja błagam Cię!

Wkoło mnie warczą piorunne dział grzmoty

Rażą mię błysków szalone przeloty

Bojów zarządco, ja błagam Cię

Ojcze – Ty prowadź mię!”

Chór nauczycieli, chociaż tylko amatorski, nie pozbawiony był nieraz prawdziwych pierwiastków artystycznych, jako że posiadaliśmy w swoim gronie kilku śpiewaków artystów, jak np. wspomniany kolega Jankiewicz, który gdy był w humorze, zasypywał słuchaczy całemi kaskadami swego słodkiego tenoru, śpiewając partyję z „Pajaców”[20]lub „Rigoletta”[21]. Za jeden taki występ przed gronem oficerskim chór nasz gdzieś pod Żółkiewką dostał znaczny „Vorschuss”[22] na piwo, które postanowiliśmy zakupić aż w Warszawie. Z czasem tak nawykliśmy do pieśni, że śpiew stał się naszą duchową potrzebą, a nie tylko śpiewaków potrzebą, ale i całego batalionu. Oczekując czasem kilka dni do nowego występu chóru, słuchacze nierzadko alarmowali nas, fałszywie nawołując po całym batalionie: „P.P. Nauczyciele – chór – chór – pan major rozkazał”. Na prawdziwy jednak sygnał gromadzili się wszyscy śpiewacy mimo zmęczenia, nieraz chętniej i szybciej niż do menaży.

         Tyle się rozpisałem o śpiewie nauczycieli, że myśleć będziecie, że śpiewem chcieliśmy wroga odstraszyć lub jak nowi Orfeusze[23] zaczarować dzikich kałmuków[24], albo że nauczyciele nic więcej w armii nie potrafili, jak tylko śpiewać.

Jakkolwiek śpiew był łącznikiem duchowym w naszym marszbatalionie i zagrzewał wszystkich do mężnych czynów, mógł być tylko tak długo kultywowany, jak długo nasz batalion był marszbatalionem z tyłu za armią walczącą. Skoro jednak dostaliśmy się na front, zaczęliśmy już nie śpiewać, ale gwizdać kulami przy akompaniamencie armat. Ale o tem - potem.

          Nauczyciele w naszym pułku byli z różnych względów czynnikiem bardzo dodatnim, dlatego tak pożądanym i przez każdego „zugskomendanta” poszukiwanym. Batalion nasz złożony był w większości z ludzi prostych, często analfabetów, ruskich Łemków z okolic Sanoka i Leska. Łemki to także zapasowi rezerwiści, zupełnie nieporadni, niezdary i bardzo leniwe chłopy, często musieli być brani w początkach do tzw. „nachsezieren”. Każdego niemal z osobna trzeba było pouczać elementarnych rzeczy, bo nawet znaczenia komendy zapomnieli. Przy takim powtarzaniu pomocni byli wielce nauczyciele. Mieli oni też za zadanie moralnie wpływać przez swą inteligencję na masy całe ludzi prostych, czy to jednak się udało, zobaczymy poniżej. Zobaczymy też, jak sami nauczyciele przy tej misyi wyszli.

         Do pana „uczytela”[25] zwracał się taki Łemko w każdej potrzebie z prośbą o pomoc i radę, za co ten „uczytel” bywał systematycznie okradany ze wszystkiego co tylko w tornistrze lub „brotzachu”[26] się znalazło, szczególniej poszukiwane były: tytoń, później chleb i konserwy mięsne. Łemko taki, jeżeli nie ukradł, to wyżebrał nieraz ostatni kęs chleba od „uczytela”. Rzadko go za to wspomógł w potrzebie, bezwarunkowo zaś nigdy nie podarował mu kawałka chleba, choćby go miał cały bochenek. „A szczo ja buduj jił?”[27] odpowiadał albo też nic nie odpowiadając, obrzucał tylko człowieka nienawistnem spojrzeniem. O wpływie moralnym na tych ludzi nawet mowy nie było. Daremne były nasze przedkładania, że wszelkie nakazy i zakazy panów oficerów mają na oku tylko ich dobro i zdrowie, że rabunek czy kradzież są grzechem – za co trzeba będzie przed Bogiem odpowiadać. „Teper wijna – wsio wolno”[28] – była ich odpowiedź, kpiono sobie ze wszystkich rozkazów.

         Dziwna rzecz, że ten chłop tak gdzieniegdzie nieporadny zawsze umiał sobie znakomicie radzić, gdy się rozchodziło o zdobycie żywności dla siebie. Choćby w największym niebezpieczeństwie wśród gradu kul, pomimo zakazu, nawet spod ziemi, a dobył. Nic dziwnego, że zdobycz taką umiał cenić i częściej wolał żołądek popsuć, niż cokolwiek odstąpić. Proszę raz jednego Łemka, który siedział nad pełnym saganem świeżo, przy palącej się stodole, ugotowanych ziemniaków. „Przyjacielu, dajcie mi kilka ziemniaków – dwa dni już nic nie jadłem.” „A szczoż to wy?” Ja takoż muszu żyty i jisty.”[29] Nie dał mi ani jednego ziemniaka.

         W każdym Łemku widziałem zadeklarowanego moskofila[30], a chociaż nie zdradzali się z tem otwarcie, znać było po nich, że chętniej by do wrogich szeregów uciekli, gdyby się tylko sposobność zdarzyła. Na nasze przedkładanie, że Moskal to wróg odwieczny nie tylko Polski, ale i wolnej kiedyś Ukrainy – kiwali tylko głowami. Z czasem wyrodziła się we mnie taka nienawiść do tych ludzi, bodaj czy niewiększa jak do wroga. Kolegów zawsze nie miałem w otoczeniu, bo później wielu ich brakło, a ci, którzy zostali, byli rozrzuceni po wszystkich batalionach, musiałem niestety żyć i walczyć w otoczeniu takich ludzi.

         Z pomiędzy wszystkich w moim „zugu” wyróżniałem jednego Żydka wiedeńskiego. Przywiązałem się do niego, bo był to prawdziwy mój przyjaciel. Ostatkami dzieliliśmy się zawsze, spaliśmy zawsze obok siebie (oczywiście na konserwach i chlebie, by nam we śnie tego nie ukradziono). W żadnej potrzebie jeden drugiego nie opuszczał. Był to introligator z Wiednia nazwiskiem Reininger. Ilekroć się zdarzyło, że przy rozdzielaniu menaży nie było oficera lub podoficera, a Ci z silniejszymi pięściami stłoczyli się w koło i jedli po kilka razy, podczas gdy słabsi, a często i ja między nimi musieli odejść z próżną szelką [31], zawsze Reininger dzielił się swoją porcją ze mną. Nie byłem nigdy filosemitą[32], ale wtedy nauczyłem się cenić Żydów, którzy w ogóle byli więcej inteligentni i więcej uczynni niż nawet współrodacy. O tych ostatnich wspomnę tylko tyle, że byli to po największej części „baraby borysławskie” (robotnicy z kopalni ropy w Borysławiu) łotry ostatniego rzędu, z wyjątkiem niektórych podoficerów. Że w takiem otoczeniu było mi przykro i ciasno, łatwo zrozumieć, trzymałem się też zawsze na uboczu, nie wdając się w rozmowy z nimi (płytkie najczęściej), milczałem, przenosząc się myślą gdzie indziej między drogich mi, którzy tam z dala też pewnie o tym czasie o mnie myśleli. Nie myliłem się – prawda?

         Niedolę tę powiększały w znacznej części tortury moralne, jakie musiałem cierpieć i znosić przez bezwzględne traktowanie mię przez podoficerów, rekrutujących się spośród „barabów”, którzy jak gdyby naumyślnie starali się dokuczyć mi na każdym kroku. Używali  mię najczęściej do różnych posług – do pełnienia częstszej służby na wartach. Zwracając się do  mnie, najczęściej traktowali mnie „per ty”. Na moje w grzecznej formie uwagi, że mi się należy, jak każdemu infanterzyście, traktowanie „per wy”, spotykałem się zazwyczaj z grubiaństwem. Użalać się przed Panem Kapitanem na złe obchodzenie się ze mną nie chciałem, bo wiedziałem, że ukarany znalazłby codziennie „niewinny” sposób  do srogiej zemsty. Wolałem zatem milczeć.

         W tym czasie szczególniej, gdy w długich i uciążliwych marszach przesiliłem nogi tak, że z powodu bólu w stopach chodziłem jak istny kaleka, narażałem się na kpiny i niesmaczne żarty tych wszystkich, którzy nie znali mego cierpienia. Wkrótce jednak wielu poznało na sobie samym, że cierpienie moje nie było symulacją, ale największą męką. Choroba ta nie mogła znaleźć uznania lekarskiego, ponieważ oprócz lekkiego nabrzmienia stóp nie było na zewnątrz żadnych innych śladów dolegliwości. Po dłuższym odpoczynku przeszło to cierpienie niepostrzeżenie.

         Do największych tortur moralnych zaliczałem w tym czasie brak wszelkich wiadomości ze świata. Dzienników żadnych nie było, na list z domu czekać trzeba było nieraz cały miesiąc, a wiadomości podawane przez panów oficerów były nieregularne i niedostateczne. Wiedziałem, że wypadki wojenne postępowały na wszystkich terenach wojny światowej z szaloną szybkością, że z każdą chwilą niemal następowała zmiana wartości dotąd uświęconych i ginął dawny porządek rzeczy. Wiedziałem, że tam w Galicji tworzą się legiony, a oddziały naszych strzelców zwycięskie w pierwszych potyczkach pod Miechowem wywołały zapewne wielki zapał w kraju i ochotę do nowych zwycięstw. Czy jednak tworzą się nowe oddziały i gdzie, nie wiedziałem z braku wszelkich wiadomości z kraju.

W tym czasie byłem zupełnie odcięty od świata, nie wiedziałem nic, jak tylko to, co sam spostrzec mogłem. Było to oczywiście zakres spostrzeżeń nadzwyczaj szczupły, ograniczający się do terenu operacyjnego jednego najwyżej batalionu, nierzadko zaś jednej tylko kompanii. Nie znając się na strategii, nie wiedziałem, tj. nie mogłem nigdy odgadnąć, jaki cel mają nasze ruchy: postępowe czy też zwrotne. Nie mogłem nieraz orzekną: czy potyczka nasza była zwycięska, czy też była to porażka, bo walki odbywały się na olbrzymich przestrzeniach, a co dzień gdzie indziej. Nie mając mapy tego terenu, nie mogłem się w nim orientować.

         Wśród piekielnego nieraz zgiełku walk odbywających się wkoło podobny byłem nieraz do dawno już zbłąkanego wędrowca w puszczy, w której słychać strzały myśliwych i ujadanie psów, nie wiadomo jednak czyjej drużyny. Często nie orientowałem się dobrze w stronach świata. W tych czasach każdą wieść przyjmowało się z wielkim entuzjazmem, a szczególniej wieści o zwycięstwach naszych wojsk pod Subač i Zamościem lub wojsk sprzymierzonych przez wzięcie Antwerpii, każdego fantastę słuchało się zupełnie bezkrytycznie. Nic dziwnego, że w takich warunkach utrzymywały się uporczywe pogłoski, że wojska niemieckie stoją już pod Paryżem, że Moskale ofiarowali nam pokój, że najmiłościwszy nam panujący Cesarz umarł i inne. Tę ostatnią pogłoskę rozszerzali Rosjanie we wszystkich miejscowościach zajętych przez ich wojska. W tych warunkach rodziły się różne domysły, jak np. ten, że w Rzymie trwają już rokowania pokojowe, ze za sprawą nowego papieża Benedykta XII[33] i prezydenta Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki Wilsona[34] ma nastąpić 18 października zawieszenie broni, itd. Daty 18 października wyczekiwaliśmy wszyscy z wielkim upragnieniem. Jakież było później rozczarowanie, gdy właśnie w tym dniu zaczęły się tem wścieklejsze walki na całym terenie wzdłuż Wisły i Sanu.

         Ludność cywilna pozbawiona była i tych skąpych nowin, jakie nam były udzielane. Pytani o nowiny wzruszali najczęściej ramionami lub udzielali wiadomości wprost na wiarę niezasługujących, pochodzących ze źródła rosyjskiego, jak np., że Tarnów i Kraków już przez wojska rosyjskie zajęte, że wojska rosyjskie stoją pod Berlinem i Budapesztem. Na szczęście mogliśmy wiele z tych wiadomości zaraz zdementować. Każdy list czy też kartka witane były bardzo radośnie. Daty tylko tych listów pisanych przed miesiącem budziły niepokój, od tego czasu mogło się wiele zmienić. Korespondencja taka otrzymywana zazwyczaj naraz i w większej ilości zastępowała wszelką inną lekturę – była nieraz jedynym łącznikiem z całym światem. Czytałem ją też nieraz po kilkanaście razy i przy każdej sposobności, siedząc w okopach, często i w nocy przy ognisku, a nawet przy blasku łuny pożarnej. Byłem w tem szczęśliwem położeniu, że częściej niż moi współtowarzysze otrzymywałem pocztę. Z tego też powodu byłem przedmiotem ciągłych nagabywań i pytań na wsze strony: Co słychać w Galicji? Gdzie stoją Moskale? Kiedy ukończy się wojna? Itd. Na pytania te niestety nie umiałem odpowiedzieć, sam chętnie chciałbym to wiedzieć…

         Ludność cywilna we wszystkich okolicach, przez które nasz oddział przechodził tak w Galicji jak i w Królestwie zachowywała się wobec nas zawsze poprawnie i spokojnie. Słyszałem wprawdzie kilkakrotnie, że cywile strzelali do naszych oddziałów w Tarnogrodzie, za co 30 zostało powieszonych, że jednego kaprala zamordowano w nocy siekierą podczas snu, że cywile przecinali druty telefoniczne, itp. Jednak sam nigdy nie byłem świadkiem podobnych wykroczeń. Być może, że wypadki takie były, zawsze jednak odnosiłem je do ludności prawosławnej, a nigdy polskiej tembardziej, że zdarzały się we wioskach granicznych, gdzie ludność jest mieszana. Wykroczeń tych dopuszczać się mogli tez Kozacy przebrani, których wielu ukrywało się po wsiach. Ludności polskiej mógłbym tyle tylko zarzucić, że nie zawsze zdradzała nam takich bandytów. Były wypadki, że takich ptaszków wyciągaliśmy spod pierzyn, udawali chorych gospodarzy lub przyłapywaliśmy ich w chwili, gdy usiłowali się przebrać za „cywilów”.

         Jak już raz wspomniałem, ludność cywilna Królestwa przyjmowała nas nieraz entuzjastycznie, całe wsie wysypywały się na ulicę i okrzykami i podarunkami objawiały nam swe zadowolenie. Zgłaszali się zawsze chętni informatorzy, którzy często służyli za przewodników „na krótsze ścieżki” przez las.

Wojska nasze za granicą nie były błogosławieństwem dla ludności szczególnie wiejskiej, bo przez przemarsze niszczyły z konieczności niesprzątnięte jeszcze z pól plony – burzyły porządek domowy przy gospodarstwie i narażały na konieczne straty. Mimo tego widziałem nieraz, jak z całą rezygnacją patrzył nasz polski wieśniak, jak dobytek w jego oczach rozbierali nasi żołnierze lub jak stawał się pastwą płomieni. Bez słowa skargi z całym spokojem wracał na zgliszcza swego majątku, najczęściej kopiąc sobie okopy na schronienie.

Okopy takie budowane na sposób wojskowy, zwykle głębokie doły, nakryte 
z wierzchu belkami, słomą i ziemią, często z wystającymi kominami, spotykałem 
w każdej niemal wsi przy wielu chatach, tak w Galicji jak i Królestwie. Przygotowane one były na schronienie w czasie bitwy. Przy każdej chacie w ogrodzie spotykałem powynoszone w obawie pożaru narzędzia i maszyny rolnicze, naczynia kuchenne

i skrzynie zdobione bardzo często pięknymi ornamentami.

Ludność cywilna polska nigdy nie opuszczała swych siedzib, chyba tylko na kilka lub kilkanaście godzin, w czasie gdy bitwa szalała, a szrapnele pękały nad chatami. Zostawiając wtedy chatę otworem, wypuszczano bydło na  pole, a ludność kryła się w najbliższym lesie lub swoich okopach. Często w takiej opuszczonej chacie spotkać można było rozpalone ognisko i gotujący się obiad czy kolację, najlepszy dowód na to, że tu przed chwilą byli mieszkańcy.

Mimo pogłosek rozsiewanych przez wojska rosyjskie, że armia nasza obchodzi się 
z całą  brutalnością z ludnością cywilną, że żołnierze nasi nabijają na bagnety niemowlęta, odcinają kobietom piersi, nosy lub uszy, pomimo namowy do ucieczki ludność polska zostawała na miejscu. Oczywiście, że wieści te były zgoła fałszywe 
i tendencyjne. Ludność zostająca na miejscu najlepiej na tem wyszła, bo nie narażała się na niepewny los tysięcy uciekinierów rekrutujących się z ludności miejskiej, prawosławnej i Żydów. Gdy ludność naocznie się przekonała, że wieści te były wprost wyssane z palca, odpłacała się nam tem większą gościnnością. Nieraz przez całe noce gosposie „słomiane wdowy” najczęściej, bo ich mężowie byli na wojnie, dla naszych żołnierzy mięso, ziemniaki lub piekły chleb. Takie przyjęcia trwały nieraz całymi tygodniami, a zawsze dla innych oddziałów.

         Najwięcej chwalono sobie oprócz nas pułki czeskie. Czesi według ich spostrzeżeń byli najgrzeczniejsi, bogaci i hojni, najwięcej narzekano na pułki węgierskie. Węgrzy niszczyli i rabowali wszystko, gorzej Moskali.

Usposobienie ludności cywilnej do naszych wojsk najlepiej dało się ocenić

w miejscowościach, które przedtem zajmowały wojska rosyjskie, np. w całym północnym kacie Galicji między Wisłą a Sanem. Wojska nasze witano wtenczas owacyjnie jak zbawców, po miastach np. w Mielcu – iluminacyą. Opowiadaniom 
o niechlujstwie, żarłoczności i brutalności Moskali nie było końca. Wszystkie opowiadania zgadzały się: każdy Moskal śmierdział jak zapowietrzony, każdy był zawszony i każdy jadł za czterech naszych. „Szto kuszjete?”[35] było każdego pierwszym pytaniem, przyczem zabierał wszystko, co mu wpadło do ręki. Urządzali sobie prawdziwe rewizje po całym domu, komorze, piwnicy i stajni. Nie zapominano też sprzewracać strychu i stodoły w poszukiwaniu pieniędzy. Obdzierano na drodze chłopów z butów i kożuchów, przyczep jeszcze ich obijano, a już jeżeli, który przy zapytaniu, która godzina, wyciągnął zegarek, musiał się z nim pożegnać, bo mu przemocą wydzierano. Kozacy szczególniej rabowali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Co się dało unieść, zabierali na wozy, resztę zaś niszczono. Szczególniej pastwili się Kozacy nad ludnością żydowską. Miasta, w których mieszkała przeważnie ludność żydowska, po odpędzeniu Kozaków przedstawiały obraz zupełnego spustoszenia. Wszystkie domy, sklepy były zupełnie puste i na poły zrujnowane, bez drzwi i okien, a często i przez zrujnowane ściany widać było wewnętrzną ruinę, meble połamane i rozrzucone, szkło wytłuczone, książki zaś porzucone najczęściej w błocie na ulicy. Towary, jakie jeszcze były w sklepach, zrabowano lub też po zupełnym zniszczeniu wyrzucano na ulicę. Spotykało się całe stosy zniszczonego obuwia, w których ani jednej pary całych butów nie było, stosy wytłuczonego szkła i porcelany i zdartej odzieży.

         W małych miasteczkach takich jak Radomyśl Wielki, Majdan, a nawet większych miastach jak Mielec i Nisko nie spotkałem ani jednego domu oszczędzonego, wszystkie zrabowane, a wiele na pół zburzonych. Ze łzami w oczach, a często z wybuchami spazmatycznego płaczu opowiadały nam kobiety jak Kozacy pastwili się nad niemi, jak gwałcili żony w oczach mężów, najczęściej wtedy związanych, nie oszczędzając nawet prawie dzieci. W Mielcu np. zagrozili Kozacy wymordowaniem całej ludności żydowskiej w razie, gdy Żydzi nie złożą „okupu” dla p.p. oficerów. Przez trzy tygodnie dostarczano ten „okup” w postaci 15 kobiet 
i dziewcząt codziennie innych do orgii seksualnych. Sceny takie powtarzały się w każdej miejscowości, gdzie tylko wojska rosyjskie wkroczyły. Nie oszczędzano też i kobiet wiejskich. W Rzeszewie wiosce położonej w powiecie niskim opowiadała mi wiejska dziewucha takie podanie. Gdy Moskale wieś zajęli, żadna z kobiet nie pokazywała się nawet na ulicy. Wszystkie były zazwyczaj po kilka w jednym domu, gdzie miały w osobie jakiego takiego chłopa – obronę przed napaścią Kozaków. Ja tak jak i teraz mieszkałam ze starą matką. Myślałam, że żaden z napastników nie odważy się w obecności matki przystąpić do mnie. Raz późno wieczorem, gdy z braku nafty świeciłyśmy Szczypami na kominie wpada do izby kilku Moskali. Jeden z nich stanął przed oknem, drugi przy drzwiach, trzeci zaś zalał wodą z konewki, którą sam przyniósł, ogień na kominie i dalej do mnie. Zaczęła się gonitwa po izbie. Chwycił mnie kilkakrotnie – wyrwałam się zawsze. „Idziesz psiawiaro, bo ci łeb rondlem rozwalę!” Krzyczę przez wybite okno: „Gwałtu, ludzie ratujcie!” Sąsiad nie spał jeszcze, przybiegł na mój krzyk i obronił mnie od kozackiej hołoty przywołaniem starszyzny wojskowej. Nic dziwnego, że na wieść „Moskale idą!” uciekało wszystko. Szczególniej ludność żydowska i mieszkańcy miast uciekali 
w popłochu, powiększając szeregi wygnańców, którzy zaraz z wybuchem wojny opuścili graniczne miejscowości. Uciekinierzy ci, spakowawszy  najpotrzebniejsze rzeczy na wozy, wielu zaś pieszo, kobiety z dziećmi na ręku, mężczyźni objuczeni tobołami, wlekli się całymi tygodniami bez celu podróży, zawsze naprzód na południe w okolice jeszcze nie zajęte. Była to najczęściej ludność najbiedniejsza, która w ostatniej chwili zdecydowawszy się uchodzić, uciekała bez żadnych zapasów żywności, w jednym ubraniu i bez pieniędzy. Uciekano do najbliższego miasta, aby po kilku dniach ruszyć dalej. Zbłocone, wynędzniałe postacie mężczyzn i kobiet, obojętne na płacz i krzyki swoich dzieci, spotykało się setkami na każdej większej szosie. Szli niepewni jutra, o chłodzie i głodzie uchodzili przed okrucieństwem żołdactwa rosyjskiego w bezpieczne miejsca.

         Czy nie zasługują na podziw i bohaterstwo wszyscy ci, którzy pomimo najstraszniejszych wieści nie opuścili swych siedzib często zrujnowanych, nie odbiegali swych zagonów zatratowanych końskimi kopytami i zrytych granatami, woleli niepewni życia zostać na miejscu niż wygnanie. Jest to mem zdaniem najlepsza miłość Ojczyzny i przywiązanie do niej. Lud nasz włościański dowiódł i teraz najlepiej miłości Ojczyzny. Ci, którzy w tym czasie w kraju uciekali ujawnili nie tylko tchórzostwo, ale i brak najmniejszego przywiązania do zagonu ojczystego. Słusznie też mówi Konopnicka o wszystkich takich:

                   „Temu tylko pług a socha

                   Kto tę ziemię czarną kocha.

                   Kto ten zagon zna do głębi,

                   Kogo rosa pól nie ziębi.

                   Komu lemiesz – to dziś miecz.

                   Kto zaś zimny – z tych pól precz!”

Poszli więc wszyscy „zimni”, bo im w tym czasie ziemia nasza za gorąca się zdawała.

KORPUS OFICERSKI NASZEGO „MARSCHBATALLIONU”

składał się z batallionskomendanta, czterech kapitanów i szesnastu „zugskomendantów” w połowie poruczników, w połowie zaś fähnrichów[36] i kadetów.

Spomiędzy nich znałem najlepiej majora Zakrzewskiego, swego kapitana Kartowskiego, czterech zugskomendantów: Żarskiego, Reicha, Horaka i swego fähnricha Turka. Był jeszcze batalionadjutant nadporucznik Baier i dwóch kadetów, których nazwisk nie pamiętam. Wszyscy porucznicy, fähnrichy i kadeci byli oficerami rezerwowymi.

Chcąc mówić o oficerach naszej armii, podnieść przede wszystkim muszę, że jestem obecnie „czołem” dla nich i z całym uznaniem. Nigdzie i w żadnym zawodzie nie spotkałem ludzi już na pierwszy rzut oka tak dobranych pod względem form 
i elegancyi jak w korpusie oficerskim. Każdy oficer to „gentelman”, a przytem „ein Ehremann” nieposzlakowanej czystości w stosunku do każdego nawet wroga. Teraz gdy z bliska przypatrzyłem się panom oficerom, zmieniłem zupełnie o nich zdanie. Nie uważam ich jak dawniej za bezdusznych satrapów zadręczających biednych żołnierzy na „Exezierplatzu”[37]. Zrozumiałem też, że to, co dawniej nazywałem tresurą, było koniecznością tak ze względów teoretycznych, jak i praktycznych. Przez wzorową tylko karność, opartą na bezwzględnym posłuszeństwie każdemu przełożonemu można było z ludzi tak rozmaitych stworzyć wojsko, a przytem nauczyć wszystkiego tego, co każdy żołnierz wiedzieć powinien.

Ta wzorowa karność święci w obecnej wojnie tryumfy. Na rozkaz przełożonego rzucają się całe oddziały ślepo w wir największej walki, choćby na nieprzyjaciela 10-kroć silniejszego i walczą jak lwy choćby do ostatniego żołnierza. Oficer każdy

w naszej armii to surowy, a zarazem doświadczony, nauczyciel, przytem najlepszy ojciec i nieodstępny towarzysz, choćby w największym niebezpieczeństwie. Nieustraszona odwaga i bohaterstwo były najlepszym przykładem dla naszych żołnierzy. Wszędzie, gdzie był oficer, było zwycięstwo!

Oficerom naszej armii zawdzięczać tylko może ludność cywilna wszystkich miejscowości, przez które nasze wojska przechodziły, że żołnierze mieli 
w największym poszanowaniu dobro prywatne. Surowo wzbronione były wszelkie wykroczenia w tym kierunku jak: kradzież i rabunek. Nie wolno było tknąć cudzego mienia – nie wolno było zerwać nawet owocu z drzewa, które ręką można było dosięgnąć. Zakazanem też było wstępować po drodze do chat w celu kupna środków żywności, żeby uniknąć żebraczych popędów niektórych żołnierzy. Winni podobnych wykroczeń byli surowo karani. Łatwo zrozumieć, że w takich warunkach ani mowy nie było, by ktokolwiek z naszych żołnierzy dopuścił się jakiego okrucieństwa na ludności cywilnej, o co pomawiali nas Rosjanie dla upozorowania swoich grabieży i zbrodni.

Jestem przekonany, że podobnie jak ludność polską w Królestwie traktowano by ludność prawosławną w głębi Rosji, że ochrona ludności cywilnej nie była z góry nakazana, ale była to rozumnie pojęta rycerskość każdego z naszych oficerów, a historyja z pewnością zapisze ją w złotej księdze naszego korpusu oficerskiego. Każdy jeniec, gdy tylko dostał się w ręce oficera, był już bezpieczny i pewny nie tylko życia, ale nawet najlepszego obejścia. Nie jest to prawdziwa rycerskość kulturalnego żołnierza?

Major Zakrzewski był to mężczyzna w wieku ponad 40 lat, szpakowaty, wzrostu więcej niż średniego, z dużymi polskimi wąsami, niebieskiemi oczami, 
o obliczu surowym. Szczególniej wtedy, gdy wydawał rozkazy, podnosił głos, a słowa jego płynęły bez zająknienia po całym batalionie. Znaliśmy go po głosie szczególniej wtedy, gdy przywoływał do siebie służącego głośnym nawoływaniem na wszystkie strony: Wojtek! Wojtek! Lub ordynansa batalionowego, nauczyciela Gajewskiego. Choć bardzo urzędowy, a nawet i surowy wobec podkomendnych sobie p.p. oficerów – do infanterzystów odnosił się zawsze z prawdziwym ojcowskiem uczuciem. Kochaliśmy go też jak ojca. Nieraz wypytywał się z wielką troskliwością, czy mamy maneży pod dostatkiem, czy nam nie zimno, itd. Nigdy nie opuszczał swego batalionu i chociaż miał nieraz sposobność wyszukać sobie wygodniejszą kwaterę, pozostawał zawsze pod Celtem na polu, ile razy i nam w polu wypadło nocować. Wyglądał też jak każdy infanterzysta, zbłocony, w pomiętym płaszczu                                   i zmizerowany. Po dwu miesiącach twarz jego pokryła się licznymi zmarszczkami.

Nie stracił jednak nic ze swojej energii i fantazji.

         Zauważyłem, że między majorem Zakrzewskim a moim kapitanem Kartkowskim istniał ciągły ukryty antagonizm. Najczęściej bowiem mój kapitan dostawał upomnienia nieraz wobec całej kompanii. Ile razy zaś przywoływany był przed majora, mina mu rzedła i wcale się nie śpieszył, jakby przeczuwał gorzką „czarną kawę”. Nigdy jednak nie zdradził się choćby słowem lub ruchem, że kawa ta nie smakowała. Że antagonizm ten trwał zawsze wnioskowałem z tego, że najczęściej nasza kompania miała najtrudniejsze zadania. W marszach była wysyłana naprzód jako „Vorhut”[38] lub tworzyła tzw. „Seitenhul”[39] maszerując wzdłuż drogi po lasach, polach i błotnistych łąkach.

         Kapitan Kartowski był to zawsze poprawnie ubrany oficer, ale bez przesady, żołnierz w każdym calu, nawet za drobnostkowy. Był bardzo dobrym mówcą. Mówił zwykle po niemiecku, po polsku władał słabo. Po rozwiązaniu naszej marschkompanyi przeniósł się do innego batalionu.

Nie spotkałem nigdy człowieka tak ruchliwego i wścibskiego jak porucznik Reich. Nadzwyczaj ugrzeczniony w stosunku do przełożonych, a nawet równych sobie kolegów, w stosunku zaś do podwładnych sobie ludzi szorstki i zawsze niezadowolony, unosił się często i beształ ostatnimi wyrazami, nigdy jednak nie karał. Był komendantem pierwszego „Zugu”. W bitwie pod Kraśnikiem[40] dostał się do niewoli.

Komendantem drugiego „Zugu” był porucznik Horak, wysoki, tęgi, rumiany brunet. Jego czarne malutkie oczka błyszczały nieraz udanym gniewem. Swoją sztuczną powagą robił wrażenie młodzieniaszka świeżo ukoronowanego. Miał ok. 30 lat. Niezwykle głośne były jego rozkazy. Gdy krzyknął nieraz „auf”, to niejeden zrywał się jak oparzony. Był to nieustraszony żołnierz. Nosił zawsze karabin i strzelał tylko z pozycji stojącej. Po rozwiązaniu marschbatallionu był moim komendantem.

Porucznik Żarski był najprzystojniejszym mężczyzną w naszej kompanii. Smukły, wysoki brunet służył zawsze za tłumacza, każdą przedmowę kapitana wygłaszaną po niemiecku tłumaczył po polsku. Skromny, zawsze poważny, jakby gdyby zamyślony. Był on najłagodniejszym ze wszystkich oficerów. Wolał sam nieraz „wypić” od przełożonych niżby chciał dokuczyć żołnierzom. Nieodstępny towarzysz oddziału nauczycielskiego, brał zawsze udział w chórze. Wraz z fähnrichem Turkiem brał też p. Żarski zawsze udział w nauczycielskich zebraniach i nocnych ucztach przy kurach:

„Częstośmy wspólnie do stołu zasiedli

           i z misy głębokiej barszcz łyżkami jedli.”

Fähnrich Turek był najlepszym moim opiekunem. Żywo się zawsze mną interesował, dbał by mi nigdy niczego nie brakowało i zaopatrywał mię w lekarstwa, gdy przy wymarszu z Przeworska zachorowałem na żołądek. Nieraz w marszu, gdy mi się dorwać dobrej wody udało, piłem jak smok wawelski, wyrywał mi z rąk naczynie, przykazując: „Zuzak – Ne moc, Ne moc!” Obawiał się, bym zgrzany nie dostał zapalenia płuc. Biedny – sam padł jego ofiarą, bo gdzieś za Frampolem[41] zachorował i straciłem go z oczu.

Spomiędzy innych p.p. oficerów, z którymi się potem zetknąłem, na szczególna wzmiankę zasługuje mój późniejszy „Kompanienkomendant” pan nadporucznik Nikiert. Był to jeden z przystojniejszych komendantów. W marszu oddawał najczęściej komendanturę porucznikowi Horakowi. Bardzo dobry zarządca funduszami kompanii, umiał sprawić często uciechę ludziom, dając tzw. „lepszą maneż”. Zakupywano zwykle na ten cel świninę. Do takiej „lepszej menaży” należała herbata z rumem.

Rum w herbacie był jedynym alkoholem jakiśmy w tych czasach i to tylko 
w tej formie używali. Raz jedyny udało nam się kupić kilka ćwiartek piwa dla Kompanii. Piwo to było jednak liche i nikomu nie smakowało. Po powrocie do Galicyi można było gdzieniegdzie dostać piwa, wina lub wódki, nie wszyscy mieli jednak to szczęście. Za flaszkę wódki płacono wtedy 8 K(oron). Niektórzy spekulanci po zakupie takiej flaszki sprzedawali wódkę w kompanii na kieliszki po 50 h.(alerzy). Byli to najczęściej podoficerowie, którzy wyjechali do miasta za specjalnym pozwoleniem po zakupy dla kompanii. Przy tej sposobności załatwiali różne sprawunki tym, którzy dostać się do miasta nie mogli. Na takich sprawunkach zarabiali zwykle podwójnie, z czem się nie tajono. Za ciepłą bieliznę najczęściej płacono bardzo chętnie, bo każdy chciał się w nią na zimę zaopatrzyć.

Pieniądze w ogóle nie miały dla wielu wartości. Każdy miał przy sobie przynajmniej kilkadziesiąt koron, a rzadko mógł co za nie kupić. Za papierosa „Drama” ofiarowywano nieraz 1 K, a nie można było go dostać. W takich warunkach papieros stał się dla nas najlepszą nagrodą za mężną potyczkę z wrogiem koło Krasnostawu[42]. Rozdzielił je ze swoich zapasów między nas nadporucznik Baier. Pamiętam, że po wypaleniu jednego papierosa byłem zupełnie oszołomiony i czułem się bodaj czy nie szczęśliwszy niż palacz opium. O ile papieros był dla żołnierza niezbędnym użytkiem, bo uspokajał ciągle napięte nerwy, sprowadzał zapomnienie wszystkich trosk i dostarczał chwilowej podniety dla znoszenia nowych trudów, 
o tyle alkohol był, można powiedzieć, największym wrogiem żołnierza w polu. Ostrej podniety żołnierz nie potrzebuje, jakiej właśnie alkohol w pierwszej chwili dostarcza. Ciągłe trudy, niebezpieczeństwa i brak odpowiedniego odpoczynku przez sen utrzymują jego zmysły w ciągłym napięciu tak, że u słabszych nerwowo już po użyciu niewielkiej dawki alkoholu następują silne zatrucia, które objawiają się podobnie jak szał. Zatruty alkoholem szczególnie w stanie tzw. „katzenjammeru” dostaje napadu szału przy najmniejszym wysiłku woli, często już przy pierwszych strzałach. Waryatów takich widziałem kilku. Ludzie silniejszej budowy i nerwach silnych jak postronki po użyciu alkoholu niezdolni byli zazwyczaj do dłuższych marszów, padali po drodze ze zmęczenia i mdleli często w upalne dni. Po każdorazowem użyciu alkoholu potrzebny jest przecież dłuższy odpoczynek 
i pokrzepiający sen, a na wojnie nie ma czasu na takie leczenie. Że w marszu nigdy nie ustałem, nigdy też nie zostałem w tyle za oddziałem, jak wielu zazwyczaj „Nachziehglerów” zawdzięczać to mogę, przede wszystkim temu, że w tym czasie nie używałem zupełnie alkoholu, a wodę piłem wstrzemięźliwie. W marszu zwykle zwilżałem tylko usta i spieczony język wodą. Robiłem to najczęściej z oszczędności lub z braku dobrej wody do picia i wychodziłem na tem najlepiej. Z konieczności musiałem żyć higienicznie.

Sopron[43], 17/V 1915

MUZYKA WOJSKOWA

45-go pułku inf. z siedzibą w Przemyślu liczyła w czasie pokoju 40 do 50 członków. Z wybuchem wojny wymaszerowała z pułkiem w pole, idąc z tyłu 
z tornistrami i trąbami, ale bez karabinów. Bronią ich były szable krótkie, tzw. kosy. Na dłuższych postojach odbywali próby (Marschprobe, tj. ćwiczyli się w graniu marszów). „Sztab” jak ich powszechnie w języku pułkowym nazywają należy zwykle do jednej kompanii jako osobny „Zug”, od której „fasuje” Verpflegung[44]. W  czasie, gdy przebywał w polu miał osobną „menaż” z Regimentskomando, którego też sąsiedztwa się trzymał. W czasie bitew siedzieli zwykle muzycy „dekowani” w pewnej, ale niewielkiej odległości od „schwarmlinie”[45] i słuchali innej muzyki: armat, karabinów maszynowych i „gwerów”. Obowiązkiem ich było jednak jako sani tatów równocześnie z czerwonym krzyżem na ramionach iść z pomocą rannym, usuwać ich poza front i pielęgnować na „Hilfsplatzach”.[46] Czy temu zadaniu zawsze i wszędzie odpowiedzieli godnie, pozwalam sobie wątpić, bo tak ja, jak i wielu innych rannych, muzykanta w czasie bitwy nigdy nie widzieli. Chyba gdzieś daleko, daleko w bezpiecznym miejscu i to nieraz z 10 przy jednym chorym lub rannym. Mimo że bezpośrednim ich przełożonym był i jest „Regimentstambour” w szarży feldwebla, należą w polu pod komendą pułkownika, względnie lekarza pułkowego jako saniteci. Od tej komendy uciekali też zazwyczaj, o ile możliwości jak najdalej, rozkazy (niepilne zresztą, gdy się np. rozchodziło o sprzątanie z jakiegoś niebezpiecznego miejsca rannych) spełniali lente-grave maestoso zawsze w tempie „rallentando”, byle się tylko nie śpieszyć, a zbytnio na niebezpieczeństwo nie narażać. Dbali przytem sumiennie o to, by na czas przyjść na „Fasung” i menaż.

Po 8-miu miesiącach takiej bezczynności, znosząc choć z oddali wszystkie sztrapace wraz z regimentem odwołani zostali z pola do kadry dla uzupełnienia tak muzykantów, jak i instrumentów. W ciągu bowiem tego czasu wielu, bo połowa już była jako maruder w szpitalach, a kilku zaś brakło: jeden jest podobno w niewoli, reszta zaś z tych podczas niespodziewanego napadu Moskali w nocy została wybita. Ci, którzy jeszcze pozostali, nie mieli już – prawie żaden – swych instrumentów. Trudno było uciekać z takim np. helikonem, trudno też było ogrzewać taką byle jaką trąbę, gdy z zimna i mrozu już własna samorodna trąba (niby nos) nie odpowiadała. Porzucali je zatem w najwięcej niedostępne parowy karpackie jako nieużyteczne

i zbyteczne graty. Wiele już z tych gratów było rzeczywiście nieużytecznych, bo pokrzywionych i połamanych, wszystkie zaś zasmarowane od brudu, bo błyszcząca blacha mogłaby być dobrym celem dla nieprzyjaciela. Tak też było rzeczywiście 
i kilkakrotnie przy „Rűchzugach” i z tego powodu ściągając na siebie uwagę, błyszczące instrumenty były niebezpieczne nie tylko dla właścicieli, ale i całego oddziału i otoczenia. Wiele przygód i „Eeinzelheitów” z życia muzykantów w polu i jako sanitariuszy do ustnego opowiadania, nie dlatego, by one nie były ważne, bo ilustrują dokładnie ich całkiem zbyteczną, a do tego kosztowną, obecność w polu – ale by się szeroko nie rozpisywać. Dodam tu tylko, że sam wdziałem ich kilkakrotnie w polu przy niepróżnującem próżnowaniu, zazdrościłem im wywczasów, spokojnego żywota, szczególniej gdy raz przypadkowo podsłuchałem ich wesołe rozmowy. Dziwiłem się tylko ich tu obecności, a nieznający dokładnie sprawy żałowałem szczególnie tych najmłodszych (chłopcy po 14-16 lat), że i tacy „strapacze” znosic muszą. Dziś, kiedy sposobność się nadarza przy uzupełnieniu za wszelką cenę chciałbym się w ich gronie znaleźć...! Alea iacta est![47]

SŁUŻBA

muzykantów wojskowych jakkolwiek mniej niebezpieczna na wojnie , w czasie pokoju i obecnie w kadrze jest dosyć, a nawet bardzo ciężka, a stosunki nieznośne, gorsze niejednokrotnie jak w kompanii i na „Exezierplatzu”. Traktowani jak inni żołnierze w każdej okoliczności siedzą po 7 godzin dziennie (od 7-11 i od 2-5 godz.) na próbach, jeżeli nie wypadnie im szczególniej teraz odprowadzać odjeżdżających, jakaś Msza św. lub tzw. Platzmuzsik i to zwykle w godzinach pozasłużbowych. Zziajani i przepoceni do nitki przychodzą nieraz z takich marszów, aby łyknąć tej trochę czarnej kawy z chlebem kukurydzianym lub łyżkę zupy na obiad. Każdy goły jak św. turecki i dokupić sobie nic nie może, bo nie ma za co. Lőhnung[48] (2 K 60 hal.) na 10 dni nie wystarcza nawet na tytoń. „Sidolem” obdzielają się wszyscy, a stare dziury w brudnych w polu zrudziałych mundurach naprawiają…. W chwilach wolnych . Szarżą każdy jest zawsze tytularnym: kapral jest infanterzystą, tj. bierze żołd infanterzysty, feldwebel zaś kapralem, tj. z żołdem kaprala (coś 2 K więcej). Feldwebel ma to jednak bene/dobrze?/, że nie robi służby, tj. nie zamiata „Zugu”, nie jest nigdy „inpektiorem” ani „tagskapralem” jak każdy niższy rangą, natomiast ma przywileje „zimmerkomendanta”, „kameradschaftkomendanta”, wolne wyjście do godz. 11 w nocy i jest zarazem pomocnikiem „Tamboŭra” przy dość częstych próbach „parteiweise”, tj. wtedy, gdy każda grupa instrumentów ćwiczy osobno i w osobnej sali. Jemu też wtedy wolno zapalić papierosa, podczas gdy inni tylko wąchają dym. Za przekroczenie takiego, np. zakazu choćby w wychodku, ale podczas próby może feldfebel taki obdarzyć „ucznia” 30 dniami kasarnika[49]. Przed taką też władzą wszyscy kadzą (czasem dosłownie i wówczas przerywano służbę dla wpuszczenia świeżego powietrza do „Zugu”). Dawniej podzieleni na grupy stosownie do stopni, mieli po kilku lub kilkunastu osobny pokój (zymerkę). Dziś śpią razem w jednym tzw. „Zugu”. Na podłodze sienniki jeden obok drugiego, na sienniku „kapuzdrak” wypchany słomą i koc, w nogach „kuferek wojskowy” (oryg. bo znany całemu światu z podpisem), nad głową półka z „esszeigiem” i zawieszona na gwoździu trąba i „märtlem”. Próby zbiorowe odbywają się w tym samym „Zugu” w najdalszym kącie na ten czas wypróżnionym. Już przed 7 godziną siedzi każdy przed pulpitem na swojem miejscu i fuka jak najgłośniej przed przyjściem półboga tamboŭra. Po 7 zwykle parę minut zjawia się „On”, a wszystko jakby na komendę powstaje, nie salutują, bo są wtedy bez czapek. Czapkę może nie zdejmować tylko „On” lub też na „parteiweissach” feldfebel. Próba zaczyna się zwykle jakimś jednym lub kilkoma marszami, później następuje coś większego: uwertura lub podpoŭri. Karność wzorowa, słowka nikt nie piśnie. On zaś mówi zwykle cicho, wydając rozkazy. Gdy zaś beszta zwykle bije. Najwięcej każdy się boi jego: „Pod sem[50]”. Przywołuje do siebie ze „Stimmem”, pokazuje błąd i wali równocześnie ręką lub też batutą (kawałek trzciny). Obraz jednej takiej próby podam Ci zresztą później osobno ze wszystkimi akcesoryami. Czas od 7-11 lub od 2-5 przesiadamy w takiem napięciu i nadzwyczajnej uwadze czasem bez krótkiej nawet pauzy, nie wiekiem, ale wiecznością się nieraz staje, tembardziej, że muzyka z natury wyczerpuje i denerwuje. – Jak można – powiesz – wytrzymać w takich warunkach? – Jak można wyżyć w takiej nędzy, a prawie codziennej pracy, bo jak w czasie postoju nawet niedzieli wolnej nie ma. Platzmusik + chesse, pogrzeb lub koncert w restauracji nieraz przez całą noc? – Doprawdy i ja tego zrozumieć nie mogę, że są tam przeważnie ludzie, którzy nie kilka, a kilkanaście  lat z rzędu w takich warunkach żyją, a w razie ubytku zawsze nowe ofiary na ich miejsce napływają.

         Rozpatrzmy bliżej tę sprawę: kto się zgłasza zwykle (nie teraz, ale w czasie pokoju) do muzyki? Mali chłopcy, biedni Czesi, zwykle dzieci bezdomne i sieroty, którzy poduczywszy się cos niecoś nut, gry na jakimś instrumencie, zgłaszają się w wieku od lat 14 do muzyki. Przyjmują ich jako elewów. Taki elew, traktowany i wyposażony jak prawdziwy żołnierz służy z asenterunku[51] – „freiwillig”[52], ale wystąpić mu nie wolno. W pewnych warunkach uwalniają, ale po rocznem wypowiedzeniu. Gdy się dobrze „chowa” zwykle w 17 roku życia asenterują go i wtedy służy też przy muzyce przez 3 lata, ale „musswilig”[53]. Po trzech latach takiej służby musi (podkreślone w oryginale –M.S.) odsłużyć jeszcze taki sam czas, jaki spędził przy muzyce jako elew.[54]Zwykle upływa w ten sposób 8-9 lat, a że taki muzyk (muzykiem w prawdziwem znaczeniu nigdy nie był ani nie będzie, bo brak mu odpowiedniego wykształcenia ogólnego, a nadto nie wolno mu ćwiczyć się w graniu na innych instrumentach, jak tylko na swoim, by „doszedł do perfekcji”, to się jednak nie dzieje, bo poza próbami nikt nie gra z ochoty, a przymus postępu nie stwarza) – niczego poza tem nie umie, do pracy cięższej nie przyzwyczajony, chce się czegoś „dosłużyć”, pozostaje więc nadal przy muzyce i czeka na …certyfikat, który po 12 latach służby nienagannej, bez wliczenia lat spędzonych przy muzyce jako elew – uprawnia go do uzyskania posady jakiegoś sługi rządowego, jak np.: magazyniera kolej, woźnego sądowego itp., „urzędnikiem” taki muzyk nigdy nie zostaje, chyba i to najczęściej jakimś prywatnem kapelmistrzem. Niewesoła przyszłość, nieprawdaż? !! Armee Teufel[55] – w prawdziwem tego słowa znaczeniu!!!
 W takich warunkach żyjąc, cieszą się nieraz prawdziwym ochłapem, jaki im się dostaje. O! uciecha nie lada, bo zwykle po całej nocy ciężkiej pracy na jakimś balu lub restauracyji darmo piwo (wymówione lub albo też od amatorów muzyki – funda), a na końcu jeszcze 1K do kieszeni z zarobku. Jak taki zarobek rozdzielają? Kosztuje np. zaangażowanie muzyki 300K, w takim razie zawsze połowa idzie do wspólnej kasy muzycznej na zakup: nut, instrumentów i inne potrzeby. Z drugiej połowy dostaje kapelmistrz, choćby sam nie uczestniczył, do 30K, reszta zaś rozdziela się miedzy uczestników w stosunku do stopnia szarży. Nikt jednak nawet feldfebel nie śmie więcej dostać jak 5K. Taka ewentualność nigdy jednak nie zachodzi. Od 1-3K najwyższy zysk i to dość rzadko, bo za częstą zresztą muzykę w kasynie oficerskim nie dostają nic. Oficerowie płacą tylko w tym przypadku miesięcznie (ściągają im 
z gaży) do kasy muzycznej tzw. „na muzykę”, za co każdy z muzykantów musi siedzieć tam jak automat. Nawet zwykli żołnierz z kompanii, a co dopiero z szarżą, mają w pogardzie muzykusów. Niedawno słyszałem w kantynie: „Ech, chodź do innego pokoju, co będziesz siedział z „lirkami”. Sami też dla siebie zazwyczaj wystarczają, koleżeństwo między nimi o tyle o ile istnieje (między członkami tego samego stopnia), przedstawiają na ogół typ żołnierzy zupełnie innych jak w kompanii, więcej inteligentnych i dlatego więcej przygnębionych i zrezygnowanych. Hołoty i batiarów[56] między nimi przynajmniej tu nie spotkałem. Na mnie patrzą jak dotąd życzliwie, a za każdego papierosa byli wdzięczni, choć nieraz wzbraniają się przyjąć, mimo że aż im ślinka idzie na niego. Fagasostwo[57], lizusostwo i ciche kopanie dołków pod drugim szeroko tu rozpowszechnione. Niedola wyrabia u nich charakter posępny, a nadto skryty. Brak szerokiego rozmachu w każdym kierunku, by nie zdradzić się przypadkowo z planów i myśli. Dziś zajmują ich najczęściej opowiadania i wspomnienia z przebytych sztrapaców, choć każdy wiem, że podobnie jak ja myśli, jakby się od nich uwolnić w przyszłości!

SKŁAD MUZYKI:

Jest zwykle po wszystkich pułkach jednaki, tylko liczba członków różna. Są muzyki o podwójnej ilości członków naszego zespołu. Każdy z muzykantów grać musi przynajmniej na dwóch instrumentach: jednym dętym i jednym rżniętym. Flety, klarnety, trąbki i posoŭna występują i w dętej i w rżniętej orkiestrze, dlatego też niektórzy grajkowie grają na nich i w dętej i rżniętej orkiestrze. Obecny skład orkiestry:

dętej (tureckiej) jest następujący:

Primstimmy:

         4 Flŭgelhorny

2 Basflŭgelhorny

2 Eŭfornie

2     Piccola

                   4 Klarnetów B

         1 Klarnet Es

4     Begleitung:

5 trąbek Es

3 Waldhorny

1     Posŭna

2     2 Basy F (Bombardon)

3     Basy B (Helikony)

5     Szlegwerk:

1 mały bęben z trianglem

2 wielki bęben

2 pary czinelli

Razem… 34 muzykantów, nie liczę Tamboŭra, dwóch słuchaczy (ja i Magierowski)
 i „Pferdewärtera”[58] od kucyka, który nosi duży bęben. Niedawno, bo już za mojej tu bytności, zafundowali sobie nowego kuca białego, bo ten, który był na wojnie czarny, nie mógł iść i musieli go w Nisku zastrzelić.

3 Skład orkiestry rżniętej (Streich) jaki będzie, jeszcze nie wiem, bo dotąd brak instrumentów, a archiwum „zabrali Moskale”. Można go sobie zresztą zestawić podług wykazu poniżej umieszczonego, mianowicie wykazu personalnego.

Co do składu jeszcze orkiestry tureckiej w naszem zespole nadmienić muszę, że nie jest on zupełny, tj. skompletowany, choć i w mniejszym składzie występ takiej orkiestry jest możliwy. O ile pogłoski chodzą – 16 z obecnego składu ma iść w pole, reszta zaś będzie znowu uzupełniana. Do kompletu zresztą niekoniecznie potrzebnego należą jeszcze:

1 przynajmniej posŭna (mam na nią ochotę również)

flet Des

trąbka B

klarnet as

2 fagoty

2 oboje

piston

Bastrompater

Glochen

Instrumenta te jednak rzadko bywają używane, wyjątkowo chyba w jakimś osobliwym utworze muzycznym.

WYKAZ PERSONALNY

Pan

 

Niewolnicy i sługi:

 

Czytaj je tak, jak ja je pisałem, tj. urywkowo i dorywczo. Całości w nich żadnej nie ma. Całość opowiem, gdy przyjadę.

 

Z ostatniej doby szczególniej poznasz mojej potrzeby i w razie, gdy Ci się uda, staraj się usilnie o ich zaspokojenie. W tym celu posyłam Ci ten dzienniczek, by był on, o ile możności, najszczególniejszym listem z dni ostatnich do Was.

„On”, ten jak go już nazwałem półbóg, oberbefehlshaber[59], Regimentstamboŭr w szarży feldfebla – Józef Pavlišta, rodem Czech, żonaty z Polką (Wojciechowska, ładna i młoda) w wieku do lat 40 – bezdzietny, jest rzeczywiście w tutejszych stosunkach panem wszechwładnym „machtig[60]”, bo stosunkowo dobrze sytuowanym. Oprócz gaży feldfebla pobiera do 90K miesięcznej „zulagi” z kasy muzycznej, a nadto 100K za oberbefehlshaberstwo, bo muzyka nie ma kapelmistrza. (Kapelmistrz jest w randze oficerskiej: leutnant ze złotą lirka na kołnierzu) Ma on już 16 lat służby aktywnej i „oberst”[61] proponował mu dymisję, by młodszym miejsce zrobił. Na propozycję się nie zgodzi, bo … mu dobrze. Człowiek bez najmniejszej kultury, bruz – żołnierz w każdym calu, grubian w całym słowa znaczeniu. Sympatyą najmniejszą się nie cieszy, wie dobrze, jak wrogo wszyscy „poddani” są do niego usposobieni 
i dlatego równo ze zmierzchem już siedzi w domu „przy żonie”. Wygląd niesympatyczny: krótki, tęgi i połamany z oczami zbójeckimi. Będąc w zawodzie już tak długo, wypraktykował go „perfekt”. Choć sam nigdy „koncertantem” nie był, zna się na każdym instrumencie, ma doskonały słuch, każdą partyturę zna na wyśmienicie z przecinkami na pamięć. Płodzi też często bez pomocy przyjaciół domu… marsze żałobne i nie żałobne. Najświeższe „potomstwo” takie to „Letzter Gang” (żałobny) i „Heldenblut” (nie żałobny). Nie krytykuję ich zbytnio, bo nie wiem, jak ciężko trzeba było na nie pracować. Swojego czasu miał aspiracje dosyć wysokie na kapelmistrza. Oberstleutnant Klinger (ten, co to mię wysyłał w pole z amunicją – do schwartzlinie 3km otwartej przestrzeni, gdzie kule gęsto padały) sprzeciwił się jednak temu, mówiąc, że tak głupiego i nieinteligentnego kapelmistrza jeszcze nie było i „nie będzie”. Dostał za to 100 K za zastępstwo kapelmistrza i tę samą szarżę.

Wiem, że cały mój los obecny od niego zależy, że jest moim panem życia i śmierci, a jednak nie umiem się dostać do niego – coś mię odpycha, nie umiem z nim rozmawiać, a kilkakrotne próby zbliżenia się i jakiegoś porozumienia drogo mię nerwów kosztowały – głupie były i głupio się skończyły, bo bez wyraźnego wyniku. Wiszę dotąd między kompanią a muzyką, do żadnej właściwie nie należąc. Po części pogodziłem się z takiem stanowiskiem, bo … nic nie robię i nikt mi dotąd nie rozkazuje. Jak to długo jednak potrwa i jak to się skończy? Rozmaite mam projekta, by przyśpieszyć rozwiązanie tej sytuacyi niepewnej, wszyscy zaufanie mię jednak wstrzymują: „Źle ci? – Siedź cicho!” – mówią. Ja też siedzę i czekam. Może 
w przyszłym miesiącu odwołają część muzyki (16) w pole, a wtedy przypuszczam i ze mną coś postanowią. Mam obawę jednak, by tymczasem ci, którzy „nie chcą wiedzieć o mnie w kompanii” sami w pole nie poszli, bo ich następcy pewnie by mię znaleźli! By zawsze pamiętali o mnie, nic nie chcę od nich: ani gaży, ani chleba, ani żadnej rzeczy, która być powinna – nie chcę też zabierać im ciasnego zresztą miejsca w kasarni i dlatego mieszkam osobno.

Lp.

Szarża

Gra w orkiestrze

Wiek

Narodowość

Uwagi

Nazwisko

tureckiej

smyczkowej

1.

Feldwebel (sier-żant)

Altkorn

Wielki bęben

Skrzypce

36

Żyd z Gal.

Gródek

Żonaty, mieszka z żona, zast. Pavlisty, mrukliwy, łakomy

2.

-“-

Schwanzer

piccolo

flet

40

Czech

Kawaler, przystępny, dobry kompan

3.

-“-

Mikschik

eufo-nium

bas

34

Niemiec

Żonaty, wrogo do Polaków usposob., niesymp, mieszka osobno z żoną i dziećmi

4.

-“-

Barth

klarnet

klarnet

32

Czech

kawaler, sympat., przystępny

5.

-“

Bukowski

klarnet

obój

25

Czech

kawaler, najsympat., inteligent., spokojny (mieszczanin jak ja)

6.

-„-

Feufel

helikon

viola

24

Czech

popij brat, płótno w kieszeni, lubimy się

7.

-„-

Prymas

flugelhorn

trąbka

20

Czech

kawaler, ciepłe piwo, często chory

8.

-„-

Hlaweczek

flugelhorn

flugelhorn

20

Czech

kawaler, na mnie patrzy jak na intruza, chce rządzić

9.

Zugsführer

Nowak

Her. 

czinele

cello

19

Czech

kawaler, sympatycz.

10.

-„-

Nowak Fr.

czinele

skrzypce

18

Czech

kawaler, przystojny i w pretensjach

11.

Kapral

Krupiczko

trąbka

trąbka

18

Czech

kawaler – bez żadnego głosu

12.

-„-

Bedrna

flugelhorn

flugelhorn

20

Czech

jak wyżej

13.

-„-

Folwarczny

Basflug.

pouzon

21

Czech

jak wyżej

14.

-„-

Urban

waldhorn

?

21

Czech

jak wyżej

15.

-„-

Odl

klarnet

klarnet

17

Czech

jak wyżej

16.

-„-

Margolt

klarnet

skrzypce

20

Czech

kawaler – bez żadnego głosu

17.

-„-

Schindelar

flugelhorn

skrzypce

29

Czech

jak wyżej

18.

-„-

Nowak J.

Basflug.

viola

23

Czech

jak wyżej

19.

Gefreiter st.szergowy

Bodiak

helikon

skrzypce

24

Polak

Rusin z okol. Sanoka, mój pierwszy informator, oddany mi

20.

-„-

Schulz

helikon

skrzypce

25

Czech

kawaler bez głosu

21.

-„-

Pokorny

trąbka

bas

20

Czech

j.w.

22.

-„-

Schiffer

klarnet

obój

17

Czech

Najwięcej zbiera bicia, żal mi go, b.sympat.

23.

-„-

Muliček

waldhorn

waldhorn

17

Czech

Bez głosu, zbiera bicie

24.

-„-

Sulek

waldhorn

skrzypce

16

Czech

-„-

25.

Infan-terist

Szalasny?

trąbka

trąbka

14

Czech

-„-

26.

-„-

Duda

klarnet

skrzypce

20

Czech

Bez głosu

27.

-„-

Ilk

mały bęben

skrzypce

17

Niemiec

Wprasza się do mnie na ordynansa

28.

-„-

Hladik

posaŭna

posaŭna

15

Czech

Wścibski, fagas

29.

-„-

Cisĕr

basfliger

basfliger

21

Czech

Bardzo uczynny

30.

-„-

Sawraczyński

trąbka

trąbka

14

Polak

Bierze bicie, ładny chłopak

31.

-„-

Feder

piccolo

skrzypce

28

Żyd

Kapelmistrz swojej orkiestry w Berlinie, kawaler, wojny jeszcze nie widział

32.

-„-

Schmit

klarnet

skrzypce

24

Polak

Nauczyciel, chory wrócił z Serbii, ma dość muzyki

33.

-„-

Chowaniec

bas F

klarnet

32

Słowak

Świeżo przyjęty, mój ordynans

34.

-„-

Magierowski

dotąd nic

skrzypce

27

Polak

Znany Ci konserwatyst

35.

-„-

(Zuzak)

no i „ja”

-

Polak

 

piccolo

skrzypce

         Z wykazu tego widać, że towarzystwo wcale „dobrane”, zbytnio się jednak nie bodzie. Językiem narodowym jest czesko-niemiecki. Ja też pasuję do nich – czuję się wcale swojsko w czasie, gdy Pavlišy nie ma. Muzyką się interesuję, więc mam o czem rozmawiać. Przykładowy program koncertu:

K.u.K. Infanteregiment Erzherzog Jozef Ferdinand No 45.

Musikprogramm 
(z dnia 24 VI od godz. 6-8 niedziela w Elizabethparku 1915r.)

73 er. Regimentsmarsch v. Kopetzby.

 

Ouverture z Op. Die Hexe von Beissy v Joh. v. Zaytz  Wagram (24 er.) Regimentsmarsch v. Wiedomamm

 

Gold Und Silber Walzer v. Lehar Dornbe cher-Hertz Marsch v.Schrommel

 

Lieb mich und die Welt ist mein! Lied v. Ball Heldenblut Marsch v. Pavlišta

 

Dirertissemenl a.d. Optt. Der Frauenfresser v.Eysler. Fliegermarsch a.d. Optt Der Flegende Rittmeister

 

Heurigen Brűder Konzertmarsch v. Fučik

∞∞∞

UWAGI

do wspomnień – notatek – listów naszego ś.p. Ojca, Tomasza Zuzaka – dotyczących lat 1914 i pocz. 1915 r.

         Powyższe notatki – listy do rodziny – dotyczące mobilizacji 1914 i pierwszego półrocza 1915 roku – są tylko fragmentami (reszta zaginęła). Oprawione w album przez ś.p. Ojca po wojnie – udokumentowane w bardzo liczne kolorowe widokówki korespondencyjne, karty pocztowe z miejscowości, gdzie w tych latach przebywał jako ranny w rękę – z Sopron na Węgrzech, Andritz koło (bei) Graz w Austrii czy Wiedniu – oraz bardzo licznymi zdjęciami z okresu lat 1916-1918 ze Związku Sowieckiego – Kijów, Charków – stanowią bardzo cenną pamiątką dla naszej rodziny.

Oprócz tych zapisków ś.p. Ojciec nasz spisywał rodzaj pamiętnika, dotyczących następnych lat wojny od 1915-1918. Ujęte potem po wojnie przez ś.p.

Ojca w latach chyba 30-tych, nie pamiętamy, w 4 tomy, zdeponowane zostały przez nas do Biblioteki Narodowej w Warszawie w 1976 roku.

         Na zakończenie załączam odpis świadectwa pracy z Charkowa z Zakładu Pracy „Gerlach i Pulst”[62] z 1918 roku i ostatni pisany z Charkowa do ś.p. Mamusi, wtedy narzeczonej i jej rodziny do Rzeszowa, napisany zresztą na firmowym blankiecie Fabryki Maszyn „Gerlach i Pulst”, i jako oryginał przepisuję [Fabryak ewakuowana z Warszawy-Woli do Charkowa].

Nr: 601

Akcyjne Towarzystwo Fabryki Maszyn

„Gerlach i Pulst”

Charków, 7 grudnia 1918 r.

Świadectwo

         Niniejszym zaświadczamy, że p. Tomasz Zuzak pracował w biurze handlowem naszej fabryki, począwszy od 16 września 1916 r. do 7 grudnia 1918 r., odznaczając się nadzwyczajną pracowitością i sumiennością w pracy Mu powierzonej, przyczym wykazywał on dostateczną znajomością języka rosyjskiego, tak w słowie, jak i piśmie. W ciągu całego tego czasu zasługiwał p. Zuzak na zupełne nasze zaufanie.

         Żegnając p. Zuzaka z powodu powrotu do kraju, życzymy Mu „Szczęść Boże” na dalszej drodze życia.

Dyrektor:

/podpis nieczytelny/

Pieczątka: Akcyjne Towarzystwo

                   Fabryki Maszyn

                   „Gerlach i Pulst”

∞ ∞ ∞

Akcyjne Towarzystwo Fabryki Maszyn

„Gerlach i Pulst”

                                     

Wyłączna specjalność

Adres dla listów:                                                  Fabryki – Obrabiarki do metali

Warszawa-Wola                                                             najmowanych systemów                                      

Dla depesz

Gerpulst-Warszawa

Warszawa-Wola…………….

Charków – 12 maja 1918 r.

                            Zosiu!

         Przesyłając Ci w załączeniu me ocalone przed złodziejami (pierwsze 4 tomiki ukradli) notatki, też 4 tomki, które prowadzę do dziś dnia, i licząc na pewne ich otrzymanie, proszę:

        Pan Zabłocki opowie Ci ustnie wszystko, co jeszcze o mnie nie wiesz, szczególniej zaś objaśni sposób mej „ucieczki” i pierwsze kroki na „wolności”, o tyle, o ile zapamiętał sam, gdy Mu to kiedyś opowiadałem: reszta jest Mu dokładnie znana, bo spędziłem cały czas z Nim w najbliższym sąsiedztwie, a nawet wspólnie, bo dłuższy czas w jednem mieszkaniu. Uważam Go za najwięcej zaufanego i dlatego polecam Ci wspólnie z Nim tak ważną akcję,  jak pomoc ratunkową dla siebie.

         Wykonanie całego planu (a taki sami stworzyć musicie, bo ja na razie nic przewidzieć nie mogę) polecam Wam i Waszej roztropności. Nie wykluczam nawet przyjazdu kogoś do mnie, w razie gdy to będzie najpewniejszym środkiem doręczenia pensji-pieniędzy. Adres mój zna p. Zabłocki: Woskresieńskj piereułok No 9. Charków.

         Możliwość pobytu w Charkowie zabezpieczają mi dotąd przede wszystkim stosunki polityczne (dotąd nie wypędzają przemocą), po wtóre możność jeszcze choć marnego zarobkowania. Pracuję jak dawniej, lecz nie za 308 rubli, lecz za 145. Choć drożyzna większa niż dawniej, ograniczać się muszę, by zarobek chociaż na chleb starczył. (W przeciągu ostatnich miesięcy zjadłem zaledwie kilka prawdziwych obiadów.) Dzięki zdrowiu, jakie mi stale dopisuje, mogę jeszcze ten post znosić. Pracę mam jednak zapewnioną  tylko do 15 czerwca, kiedy „puszczą nas na zieloną trawkę”. O nowej „posadzie” ani myśleć mogę wobec kolosalnego bezrobocia. Gdy środki się wyczerpią (300 rub.), cóż mi wtedy robić wypada?

         A może jeszcze i pomocy Waszej potrzebować nie będę? Może nim Ty list ten otrzymasz, ja warunki powrotu znajdę? Może wojna się skończy? Może…, ale ja to dzisiaj między bajki kładę i chcę zabezpieczyć się na przyszłość w każdym razie bardzo niepewną.

         Czekam niecierpliwie odpowiedzi.

                   Całuję Cię i ściskam Wszystkich –

                                                                           Twój Te Zet

 Do wspomnień p. Janina Zuzak-Kotlińska dołączyła pocztówki i zdjęcia – M.S.

Zdjęcie grupowe ze szpitala wojskowego w Sopron 1915 /czwarty od prawej II rząd/ ś.p. Ojciec jako pacjent

 

Zdjęcie – pocztówka przedstawiająca: J. Zabłocki – kolega ś.p. Ojca, na odwrocie uciętej kartki fragmentaryczne: adresat: Wohlgeb. Herr Tomasz Zuzak Sopron (dalej brak)

Treść  - Kochanemu Toma (…) na pamiątkę (…) …zomberthrely 8/VII

Zdjęcie – pocztówka (właściwie ucięte w 1/3 z całości) przedstawiająca: grupę siedmiu osób: dwie kobiety i pięciu żołnierzy na tle dużego drewnianego budynku – podpis: ś.p. Ojciec pierwszy z prawej, 1915 Sopron; na odwrocie fragmenty tekstu wskazujące na adresatkę M-elle Sophie Пeљuъ /Zofia Pelc/ reszta tekstu i pieczęć nieczytelne.

 

Kolorowa pocztówka Graz Radetzkystraße Joaneumering

adresat: Wohlgeborene Herr An(toni?)…Zuzak

Pieczęć pocztowa: Andritz, 1915 rok

Na odwrocie tekst zupełnie nieczytelny, z pojedynczych wyrazów wynika bardzo osobista treść: 1915r/April? 4 wiecz. ? (…)a Ci nie odmówi, (…) napisanych/popieranych ja pamiętać będę! Cał…. całą rodzinę i resztę. (podpis) Tomasz

Na obrzeżach można odczytać: Co robią Twoje rybki? A Węgierki? A owady?

Pocztówka czarno-biała Sopron Szelmalom kaszanya – Windműhl Kaserne

Na odwrocie: data 1915-Apr (kwiecień)/30 reszta tekstu nieczytelna

Adresat: Wohlgeborene Frau Sophie (więc kolejna do narzeczonej, nazisko Pelc)……esserwerk 3

Czytelny dopisek na górnym marginesie: Kłaniaj się P.P. Luci i Basi

Pocztówkaczarno-biała Andritz bei Gratz (bez tekstu)

 

Kolorowa kartka pocztowa: Sopron. Erzsebet utca, Elisabethgasse

Sopron, 14/V-1915 r. – 6. wiecz.(orem)

Czekałem do tej chwili jak zawsze dość cierpliwie, licząc na popołudniową pocztę. Jak zawiodła! Zosiu, co to znaczy? Poczta tu nie zawiniła. Zosiu, odezwij się, bo już rozpaczam.

Twój Tom…

Adresat: ?An. Wohlgeborene Frau, Sophie Pelc

    In. Andritz bei Gratz

Pieczęć: w otoku na górze: SOPRON, na dole nieczytelne, data: 1915 maj/14 – E7

Kartka pocztowa: Charkow Jekatierynosławskaja ulica (u Żandarmskoj płoszczadi)

Kartka pocztowa: Prazdnik raboczich. Charkow, 1. Maja (18) Aprilia 1917 goda.


[1] Rozembark – wieś k. Biecza, dziś Rożnowice

[2] Infant. – szeregowy, najniższy stopień wojskowy Amii Austro-Węgier

[3] 31 VII 1914 r. cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef I ogłosił powszechną mobilizację

[4]menaża - przestarzale kuchnia lub stołówka wojskowa

[5] Sardanapal - ostatni legendarny król Asyrii, symbol rozpustnego tyrana, zbytku i lenistwa.

[6] Tarnogród, Biłgoraj, Krasnystaw, Kraśnik, Janów – miasta na Lubelszczyźnie

[7] Trenwozy – tu: wozy terenowe, wozy zaopatrzenia

[8] Zugkomendant (niem.) w c.k. armii dowódca plutonu.

[9] Batallion komendant (niem.) w c.k. armii dowódca batalionu.

[10] majufes - żydowska pieśń śpiewana przez kantora

[11] Marsz obozowy, muz. K. Kurpiński, sł. A. Słowaczyński pieśń z r. 1831.

[12] Mazurek Dąbrowskiego, sł. J. Wybicki, mel. Ludowa, pieśń z r. 1797

[13] Za Niemen, sł. A. Bielowski (pseud. Jan Płaza), muzyka: wg ukraińskiej dumki Stefana Pisarenki.

[14] Ze Śpiewniczka młodzieży polskiej, zeszyty 1-3, Lwów 1917.

[15] Pobudka (Sygnał), sł. W. Pol, muz. A. Bojarski, pieśń z r. 1863.

[16] Rota, sł. M. Konopnicka, muz. A. Nowaczyński.

[17] Ludowa pieśń patriotyczna

[18] Pieśń A. Orłowskiego z r. 1794.

[19] szrapnel - pocisk artyleryjski do rażenia ludzi, lotki rozlatują się stożkowo na odległość 150–200 m.

[20] Pajace, opera R. Leoncavalla z r. 1892.

[21] Rigoletto,  opera G. Verdiego z r. 1851.

[22] Vorschuss  - (niem.) zaliczka

[23] Orfeusz – w mit. gr. król Tracji, śpiewak.

[24] kałmuk - pogardliwie o Azjacie, człowieku z płaską twarzą i skośnymi oczami; prostak, gbur.

[25]Uczytel -  nauczyciel

[26] Brotzach - ?????

[27] A co ja będę jadł?

[28] Teraz jest wojna – wszystko można.

[29] Ja także muszę żyć i jeść.

[30] Moskofil – zwolennik Rosji

[31] szelka – menażka, miska żołnierska

[32] filosemita – zwolennik Żydów

[33] Właściwie -  Benedykt XV (1914 – 1922)

[34] Thomas Wilson – 28.prezydent USA (04.03.1913  -04.03.1921)

[35] Co jecie?

[36] fähnrich - chorąży

[37] Plac musztry, plac ćwiczeń wojskowych

[38] Straż przednia, awangarda

[39] Flanka, bok.

[40] 23-25.08.1914 r. jedna z największych bitew wielkiej wojny

[41] Miejscowość na pograniczu Roztocza Zach. i Równiny Biłgorajskiej.

[42] Krasnystaw – rejon zaciekłych walk w operacji lubelsko-chełmskiej, walki na przełomie VIII/IX 1914 nazwano bitwą krasnostawską, 4 IX  XXV korpus(Rosja) zająwszy Krasnystaw, wyszedł na tyły odchodzącego na połud. X korpusu (A-W) 
 i rozbił pod Łopiennikiem 45 dywizję A-W,  wziąwszy ponad 1500 jeńców

[43] Sopron -  niem. Ödenburg, miasto Zalitawii, część Burgenlandu (zalud. przez Niemców zach. część Węgier)

[44] Verpflegung - wyżywienie

[45] schwarmlinie - linia frontu

[46] Hilfsplatzach - miejsca pomocnicze

[47]Alea iacta est! -  Kości zostały rzucone!

[48] Lőhnung – nagroda, wynagrodzenie

[49] Rodzaj kary dla żołnierza – 30 dni sprzątania koszar (kasarnia – koszary wojskowe)

[50] Tu w znaczeniu: podejdź tutaj, podejdź bliżej

[51]asenterunek - system przymusowego poboru rekruta stosowany w Austro-Węgrzech

[52] freiwillig - ochotniczo, dobrowolnie

[53] Musswilig – tu: przymusowo

[54] Elew –tu: tytuł żołnierza zasadniczej służby wojskowej

[55] Armee Teufel – tu: Armia Diabła

[56] Hołoty i batiarów – tu: łobuzów, gburów i chamów

[57] Fagas - pogardliwie o człowieku wysługującym się komuś

[58] Pferdewärter - stajenny

[59] Oberbefehlshaber – tu: żartobliwie  głównodowodzący, wódz naczelny

[60] machtig – tu: potężny, mocarny

[61] oberst  - pułkownik

[62] Spółka Akcyjna Fabryka Maszyn „Gerlach i Pulst” (od 1897) produkowała obrabiarki, tokarnie, automaty, heblarki, wiertarki, frezarki, gwinciarki, szlifierki, nożyce, przebijarki, prasy, piły i tartaki. Fabryka zatrudniała 750 pracowników (umysłowych i fizycznych).

 

 

 

Copyright Stowarzyszenie Historyczne „Bitwa pod Gorlicami 1915”